Historia mówiona kina w Alwerni i okolicach: Kazimierz Kulczyk

Budynek, w którym w latach 1982-1991 mieściło się kino „Chemik” (Google Street View, 2013).

Poniżej znajdziecie zapis kolejnego wywiadu, jaki przeprowadziłem w ramach projektu poświęconego historii kina „Chemik”, działającego w latach 1982-1991 przy Zakładach Chemicznych „Alwernia” w Alwerni.

W ubiegłym roku zamieściłem na blogu wstępną wersję artykułu na temat dziejów tego kina, zrekonstruowanych na podstawie zakładowego pisma „Alchemik”. Wczoraj natomiast opublikowałem zapis rozmowy z panią Janiną Kopeć, która w latach 50. ubiegłego wieku kierowała stałym kinem w Regulicach.

Przeprowadzenie rozmowy z panią Kopeć umożliwił mi pan Kazimierz Kulczyk, niegdysiejszy kierownik przyzakładowego klubu „Chemik”, a co za tym idzie – także mieszczącego się w nim kinem. Pan Kulczyk kierował działalnością kina – z roczną przerwą – od chwili jego powstania w 1982 roku do grudnia 1990 roku i zgodził się o tym ze mną porozmawiać. Za co serdecznie mu dziękuję.

***

Na początek pragnę bardzo podziękować za to, że zgodził się Pan porozmawiać o kinie „Chemik”, którego był pan wieloletnim kierownikiem. Jestem przekonany, że dzięki tej rozmowie uda mi się wypełnić sporo białych plam w jego historii, którą jak dotąd odtwarzałem głównie na podstawie materiałów z pisma „Alchemik”. Wiem, że był Pan inicjatorem utworzenia kina, najlepiej więc chyba będzie zacząć od wyjaśnienia, w jakich okolicznościach to powstało.

Właściwie to do klubu „Chemik” – ponieważ przed kinem, a później równolegle do kina przy Zakładach Chemicznych w Alwerni działał klub „Chemik” – zostałem zesłany na banicję. To było dawno, praktycznie czterdzieści lat temu. Jak pewnie pamiętasz, 13 grudnia 1981 roku nastał stan wojenny. Byłem przewodniczącym związku „Solidarność” na zakładach, który liczył wówczas 1040 ludzi, więc była to dość duża armia. 13 grudnia zastał mnie w domu. Nikt z tego terenu nie był internowany, ale w poniedziałek 15 grudnia poszedłem do pracy i wezwał mnie dyrektor naczelny zakładu, bo już na miejscu był komisarz wojskowy. Dyrektor powiedział: „Pójdziesz pracować do klubu jako kierownik”. Odpowiedziałem „No dobrze”, bo gdzieś przecież trzeba było pracować. Wcześniej byłem etatowym przewodniczącym związku zawodowego, a wcześniej pracowałem na oddziale pomiarowym.

To tak, jak kinooperator w „Chemiku”, pan Józef Pierzynka.

Tak. Józiu był moim pracownikiem w oddziale pomiarowym i ja go bardzo dobrze znałem z tej strony.

W każdym razie, gdy przeszedłem do klubu, to stwierdziłem, że trzeba zacząć coś robić, bo ja jestem takim człowiekiem, który nie potrafił siedzieć na miejscu, tylko musi bez przerwy się gdzieś w coś włączać, żeby coś działać. Przykładem jest chociażby to, że do dziś zajmuję się sprawami wędkarskimi w ramach Polskiego Związku Wędkarskiego w Alwerni, który prowadzę od 1985 roku, więc już sporo czasu.

Będąc w klubie, przejąłem wszystkie obowiązki. Pierwsze, co stwierdziłem, że w budynku klubu jest ładna sala, są warunki na kabinę projekcyjną i na to, żeby postawić duży ekran do filmów panoramicznych. Porozmawiałem o tym z Józkiem Pierzynką. On był przez długie lata operatorem w kinie „Zorza” w Chrzanowie, więc był bardzo dobrze zorientowany w kwestiach technicznych – jak to zrobić, jak urządzić tu kino. Bo ja nie bardzo się w tym orientowałem – poddałem tylko pomysł, że warto spróbować. Uznałem, że byłaby to dobra inicjatywa.

Był wtedy stan wojenny, więc było wiele różnych trudności, ale dopuszczano działalność kin. W związku z tym kino można było otworzyć. Tak więc po ustaleniach z Józiem, doszliśmy do wniosku, że pojadę do Okręgowego Przedsiębiorstwa Rozpowszechniania Filmów, które mieściło się przy ulicy Smoleńsk 2. Pojechałem i dogadałem sprawę. Tam chętnie się włączyli w przedsięwzięcie, pomogli, sprawdzili, co jest potrzebne, i zgodnie z tym zamówiliśmy cały sprzęt. Mieliśmy dwa projektory, różne obiektywy, które się zakładało na aparat i ustawiało wielkość ekranu, oraz kaszety – normalną i panoramę.

Gdy już udało się nam sprzęt skompletować, to przerobiliśmy jedno pomieszczenie na balkonie na kabinę projekcyjną, a jedno nieduże pomieszczenie na kasę, żeby sprzedawać bilety. Kupiliśmy też odpowiednie krzesła na całą salę – były bardzo eleganckie, oczywiście, jak na ten czas, bo standardy się zmieniły, ale wtedy były naprawdę bardzo fajne.

No i zaczęliśmy. Uzgodniliśmy repertuar z Krakowem. Przysyłano nam taśmy z filmami drogą pocztową. Jeżeli nie przyszły na czas, to wysyłaliśmy samochód z zakładu.

Bardzo się cieszę, że odniósł się Pan do tego, jak były dostarczane filmy, ponieważ w jednym z materiałów z zakładowego pisma „Alchemik” znalazłem informację, że film były z Krakowa przywożone przez zakładowych kierowców, a nad wszystkim czuwał oddział transportu samochodowego, i zastanawiałem się, na ile była to regularna praktyka.

To było różnie. Były takie przypadki, że jeśli gdzieś w pobliżu był wyświetlany film, który miał trafić do nas, to nam go wysyłano. A jeżeli nie, to wysyłaliśmy samochód i nie było z tym problemu. Zakład szedł nam na rękę, ponieważ to przecież było dla zakładu, dla ludzi z okolicy, więc trudno by było, żeby nam odmówiono. Ogólnie dogadywaliśmy się z zakładem bardzo dobrze, ponieważ dyrektor z czasów, gdy byłem przewodniczącym, był otwarty. Ja go ceniłem ze względu na to, że wiele spraw wspólnie uzgodniliśmy, żeby ludziom pomóc, a przecież o to chodziło. Za to właśnie go ceniłem – że nigdy nie stawał mi okoniem, tylko mówił, że jak trzeba coś ludziom załatwić, to trzeba. Tak samo było w tym wypadku.

Później zatrudniłem kasjerkę z zakładów. To znaczy nie tyle zatrudniłem, co poprosiłem o pomoc. Panią Leokadię Ambrozińską, która, niestety, zmarła w ubiegłym roku.

Później repertuar mieliśmy różny. Nawet spróbowaliśmy takiego… troszkę erotycznego.

Tak, kojarzę. Miałem nawet o to później zapytać. Pokazy „filmów z pogranicza” z maja 1989 roku. Były to między innymi filmy Bilitis i Wielkie żarcie.

Tak. Dostaliśmy te filmy w oryginalnej wersji językowej, więc podczas pokazów Zbigniew Klatka pełnił rolę lektora. Siedział na balkonie z prawej strony, gdzie miał stoliczek i trochę światła, przed sobą dialogi i czytał je widowni.

W zapowiedziach tych pokazów w „Alchemiku” była nawet wzmianka: „Filmy produkcji francuskiej są w wersji oryginalnej i dlatego tłumaczenie czytane będzie przez lektora”.

Tak. I to właśnie robił Zbysiu Klatka. Było to bardzo ciekawe i inne, jak na ten teren, bo, nie czarujmy się, to była wówczas wieś. Alwernia odzyskała prawa miejskie w dopiero później [w 1993 roku – D.G.], ale wtedy właściwie była taką wsią, jak Regulice. W związku z tym było to pewne wydarzenie. Przyznam, że z początku się tego obawiałem, żeby mi ktoś czegoś nie zarzucił, bo to różnie bywa z ludźmi. Ale zostało to przyjęte bardzo dobrze, było dużo ludzi…

To mnie właśnie zastanawiało – jaka była frekwencja na tych projekcjach?

Frekwencja w kinie zawsze była duża, także na filmach z pogranicza. Podczas tych pokazów nawet chodziłem trochę po kinie, chwilę przy ekranie, chwilę obok Zbyszka. Zaznaczam, że ja byłem z boku tego wszystkiego. Oni to załatwiali. Ja nigdy nie angażowałem się w sprawy techniczne, ani nie czytałem nic w kinie, natomiast starałem się od strony organizacyjnej, żeby to wszystko zagrało, żeby było fajnie, żeby ludzie byli zadowoleni, bo przecież to było dla nich.

Gdy zbierałem informacje o kinie „Chemik”, dotarłem do nazwisk kilku osób w ten czy inny sposób z nim związanych. Pana, rzecz jasna, wspominanej już pani Ambrozińskiej, pana Pierzynki, zaś w artykule z „Alchemika” z 1987 znalazłem informacje, że panu Pierzynce „pomaga obecnie Marek Wdówka”. Niestety nikt, z kim rozmawiałem, nie był mi w stanie powiedzieć, kim był pan Wdówka.

Był pomiarowcem w zakładach i kolegą Józka Pierzynki. Chodzili wspólnie na obchody i załatwiali sprawy związane z opomiarowaniem mediów na zakładzie – gaz, woda i ciepło od elektrociepłowni; prądu nie, bo tym zajmowali się elektrycy. Niestety nie wiem, co on teraz robi, ponieważ z oddziału pomiarowego odszedłem jesienią 1980 roku i przeszedłem na etat do związku, a później już tam nie wróciłem. Pamiętam, że chyba mieszkał w Okleśnej, więc może jeśli tam poszukasz, to uda ci się go znaleźć.

Wiem już, że klubem „Chemik” kierował Pan od grudnia 1981 roku. Nie wiem jednak do kiedy.

Do grudnia 1990 roku, a później przeszedłem do kadr organizacji pracy. Po drodze miałem około roczną przerwę, ponieważ w klubie zrobili mi numer partyjni „koledzy”, w cudzysłowie oczywiście, którzy mi w miejscu pracy podstawili faceta z wódką. Ten jeszcze dobrze jej nie otworzył, ale przyszedł drugi, który stwierdził, że wódka tam jest. Wtedy mnie ukarano finansowo i odsunięto od klubu – trafiłem na bodaj rok do zaopatrzenia. Bardzo się zdenerwowałem, ale stwierdziłem, że co mam zrobić? Zabić? Później wróciłem do klubu, którym kierowałem do grudnia 1990 roku.

I niedługo później zamknięto kino – ostatni pokaz odbył się 23 lutego 1991 roku.

Tak, kino niestety zamknęli. Bardzo mi było żal. Nawet nie samego kina, ale sprzętu. Nie wiem, co się stało z aparaturą i było mi z tego względu bardzo smutno, bo nikt się w tej sprawie ze mną nie konsultował, tylko robiono to za moimi plecami, chociaż ja pracowałem wtedy w zakładach.

Próbowałem się nawet coś w tej sprawie zorientować, ale mi się nie udało. Chciałem, żeby – jeśli kino „Chemik” ma przestać działać – ten sprzęt przekazać do Domu Strażaka w Alwerni, ponieważ były tam ku temu warunki, aby jakoś przedłużyć żywotność tego kina – by funkcjonowało w innym miejscu. Ale nie wiem, co się z tym sprzętem stało. A kupę pieniędzy na niego wyłożyliśmy, ponieważ to były super aparaty, jak na tamte czasy oczywiście. Trudno mi powiedzieć, co się z tym sprzętem stało i żal mi było później, gdy przechodziłem obok budynku, w którym się mieściły klub i kino, gdy się dowiedziałem, że to przejęła jakaś prywatna firma, bo dużo serca w to włożyliśmy.

Rozumiem. Co prawda materiały z „Alchemika” dają bardzo ograniczony ogląd na działalność klubu „Chemik”, niemniej kiedy się z nimi zapoznawałem, odniosłem wrażenie, że bardzo staraliście się Państwo, by oferta kulturalna klubu była atrakcyjna i zróżnicowana. Kino, stanowiące główny temat naszej rozmowy, było ważną, lecz nie jedyną inicjatywą klubu – organizowane były wyjazdy na różne imprezy i wydarzenia, jak na przykład występ Państwowego Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze i operetkę Król walca w 1983 roku, a także występy na scenie „Chemika”. Zastanawia mnie, które z tych wydarzeń zapadły Panu w pamięć. Czy też – które uważa Pan za najciekawsze?

Nigdy nie zapomnę jednego wydarzenia. Wyobraź sobie, że zamawiam występ rosyjskiego Chóru Aleksandrowa…

Chór Aleksandrowa wystąpił w Alwerni? W „Chemiku”?

Tak. Zamówiłem go, bo miałem takie wyobrażenie, że jest to grupa, która mi się pomieści. A jak oni przyjechali, jak ja to wszystko zobaczyłem… Przyjechał do nas najpierw „starszyna” – tak go wszyscy nazywali, choć nie wiem, kim on był, jaki miał stopień – który to wszystko nadzorował i powiedział, że musi mieć swój pokój, więc mu udostępniłem swój na piętrze budynku. Później przyjechał ten zespół biedny i widzą, że nie ma miejsca. Sala jest pełna, ponieważ każdy chciał zobaczyć, był ciekaw. Bo przecież to było wydarzenie dużej rangi, jak na tamte czasy, zresztą wciąż jest. Zespół przyszedł do mnie i zaczęli mi tłumaczyć, żebym coś zrobił, bo się nie mieszczą na scenie. Wyszedłem więc przed ludzi i poprosiłem wszystkich, żeby przesunąć fotele i stołki maksymalnie do tyłu i się ścieśnić. W ten sposób zrobiliśmy przed sceną trochę miejsca i te biedaki, instrumentaliści z zespołu, posiadali tam jak tylko mogli, a na scenie była cała grupa śpiewacza. I zagrali tak, że klękajcie nagrody. A prezentacja była niesamowita. Piękna! Najgorsze w tym wszystkim jest to, że wtedy nie było tyle aparatów, jak dzisiaj, że każdy ma w telefonie i zrobi zdjęcie w dowolnym momencie, więc nie zostało to utrwalone.

Bardzo dobrze pamiętam jeszcze wizytę Hanki Bielickiej, bo z nią miałem numer [śmiech]. Kupiłem wiązankę kwiatów, bo tak wypadało – był wyraz uznania dla seniorki. Poszedłem z tą wiązanką do niej i zamiast skierować kwiaty do góry, skierowałem je do dołu. A ona, widząc to, powiedziała: „Dzięki ci bardzo, ale, chłopcze, tak odwróć kwiaty” i przekręciła tę wiązankę. Myślałem, że się tam rozsypię, bo pełna sala ludzi, wszyscy patrzą, a ja taką gafę zrobiłem. To były nerwy, ponieważ trudno było z Hanką Bielicka być na jednej scenie. No, jest to wydarzenie, które człowiek przeżywał bardzo emocjonalnie.

Tak więc dużo ludzi wtedy przychodziło na nasze różne wydarzenia i bardzo wiele rzeczy mogli tu zobaczyć czy usłyszeć.

Wróćmy teraz do osób związanych z kinem. Wspominaliśmy już o panach Pierzynce i Wdówce oraz pani Ambrozińskiej, kasjerce. W artykule z 1987 roku z „Alchemika” znalazłem jeszcze informacje o dwóch bileterkach – paniach Ryszardzie Zapotecznej i Barbarze Rokowskiej.

Tak. To były pracownice klubu. Najpierw pracowała pani Zapoteczna, która zajmowała się sprawami porządkowymi i tak dalej, a później przyszła, chyba w 1985 roku, pani Rokowska. Pani Zapoteczna poszła wtedy do pralni, po części dlatego, że tam pieniądze dostała troszkę lepsze. One rzeczywiście sprzedawały czasem bilety, z tym że była to taka forma zastępcza, jeśli pani Ambrozińska w danym momencie nie mogła, nie miała czasu lub wyjechała. Nie było tak, że one regularnie prowadziły sprzedaż. Natomiast reklamą i tak zwaną propagandą – oczywiście nie w sensie politycznym – zajmowałem się ja.

Ciekawe, że Pan o tym wspomina, ponieważ zastanawiały mnie formy reklamy pokazów filmowych w „Chemiku”. Wiem, że program na cały nadchodzący miesiąc pojawiał się w „Alchemiku”, a na bieżąco o projekcjach informowano w „Gazecie Krakowskiej”, ponadto zapowiadano je w zakładowym radiowęźle. Natknąłem się jednak na tekst z „Alchemika” z 1987 roku autorstwa pana Janusza Cholewy, który stwierdzał, że należy zwiększyć reklamę kina, ustawiając na osiedlu Chemików w Alwerni oraz w innych okolicznych miejscowościach stałe gabloty na afisze, plakaty i fotosy, i wprowadzając szersze omówienia filmów w radiowęźle. Na podstawie „Alchemika” nie sposób jednak wywnioskować, na ile takie pomysły były faktycznie rozważane.

Pokaz reklamowaliśmy w radiowęźle. Na budynku była duża tablica, na której znajdowały się informacje bieżące. No i oczywiście program zamieszczany był w „Alchemiku”, którego dostawał za darmo praktycznie każdy, więc to była ważna forma reklamy. Jeżeli chodzi o inne zewnętrzne formy reklamy, to takich raczej nie stosowaliśmy, a to dlatego, że jeśli już dostaliśmy jakieś afisze, to jeden góra dwa i ja je w naszym rejonie rozwiesiłem. Dzisiaj bym ich wydrukował dziesięć albo więcej i rozwiesił, gdzie tylko możliwe, ale to były inne czasy. Nie dało się wtedy kopiować afiszy, bo jedynym urządzeniem, do jakiego mieliśmy dostęp, była czarno-biała kopiarka w zakładach. Ale guzik się na tym dało zrobić. Próbowałem kilka razy zrobić kopie afisza, ale to się nie nadawało do niczego. To było stare, tępe urządzenie – lepiej nie mówić.

To były inne czasy, inne problemy i inna forma reklamy. No i pewnie, że niektórzy mieli krytyczne uwagi, ponieważ gdy leciały filmy, które miały wzięcie, i się nie załapali, to były pretensje. Tyle że mówi się trudno – nie było możliwości. Raczej też nigdy nie mieliśmy takiej potrzeby, ze względu na to, że nie narzekaliśmy na frekwencję.

O to też miałem zapytać. Z całą pewnością drastyczny spadek frekwencji wystąpił pod koniec działalności kina. W „Alchemiku” z lutego 1991 roku informowano, że na seanse przychodzi niekiedy po kilka osób i trzeba je odwoływać. Z wcześniejszych materiałów można jednak wywnioskować, że na wcześniejszym etapie działalności kina ściągało ono widownię.

Raczej nigdy nie było problemów z frekwencją. No chyba że wtedy, gdy organizowaliśmy dwa seanse jednego dnia, bo bywało tak, to wtedy mogło być na którymś mniej ludzi. Te problemy pojawiły się w okolicach 1990 roku, ponieważ wtedy pojawiła się inna forma przekazu – wideo. Wtedy też pojawiły się wypożyczalnie i to zaczęło psuć kina – a takiego typu, jak nasze, to już tym bardziej – ponieważ już każdy mógł wypożyczyć sobie kasetę z takim filmem, jaki chciał obejrzeć. Kino traciło więc na popularności, ale to było normalne – przyszyła inna moda. Później, już długo po zamknięciu naszego kina, pojawiło się DVD i kasety wideo odeszły do lamusa.

W każdym razie – wideo zniszczyło kino. Ale ja wciąż podtrzymuję opinię, że jeżeli byłoby to wszystko przeniesione do Domu Strażaka w Alwerni i wykorzystane w różnych celach – i rozrywkowych, i edukacyjnych, i szkoleniowych – to mogłoby w jakiejś formie przetrwać i służyć ludziom.

Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz związana z wyświetlaniem filmów w Alwerni na długo przed utworzeniem kina „Chemik”. Otóż w artykule z „Alchemika” z 1982 roku autorstwa pana Cholewy znalazł się dopisek redakcji, w którym stwierdzono, że „w latach pięćdziesiątych działało już w Klubie kino stałe”. Szczerze mówiąc, trudno mi w to uwierzyć, ponieważ wiem, że w latach 50. i 60. do Alwerni przyjeżdżało tzw. kino ruchome z Regulic, wiec byłoby dziwne, gdyby jednocześnie funkcjonowało wtedy w klubie „Chemik” stałe kino.

Również nie wydaje mi się, żeby to było możliwe, aby w latach 50. przy zakładzie było stałe kino. To chyba jakaś pomyłka. Jeżeli działałoby wtedy w klubie jakiekolwiek kino, to po pierwsze – zachowała by się o tym jakakolwiek inna wzmianka, a po drugie – jak sam mówiłeś – nie jeździliby wtedy z Regulic do Alwerni z kinem. Jak to mówili wtedy: „Kulturę Wam przywozimy”, tak jak teraz nasi mówią, że my Francuzów nauczyliśmy jeść widelcem [śmiech]. Ale pewności nie mam. Myślę, że Zbysiu Klatka mógłby ci w tym pomóc.

Przeglądając archiwalne numery „Alchemika” zwróciłem uwagę na jeszcze jedną rzecz. Mianowicie – kilkakrotnie powracał w nich wątek mieszczącego się tuż obok kina baru „Miś”, a także niepotrafiącej się kulturalnie zachować części widowni, za co obwiniano sprzedawane w „Misiu” napoje alkoholowe. Niechęć redakcji do tego przybytku sięgała czasów poprzedzających powstanie kina „Chemik”, ponieważ już pod koniec 1977 roku w piśmie odmalowano bardzo nieprzychylny obraz tego lokalu. Czy pamięta Pan jakieś kontrowersje związane tym barem i jego wpływem na kino?

Z pijaną widownią wchodzącą na seanse to nie była prawda. Zresztą w latach 80., kiedy to na występy do klubu przyjeżdżała masa ciekawych ludzi z całej polski, bardzo często się zdarzało, że przyjeżdżali wcześniej i udawali się do „Misia”, żeby coś przegryźć, napić się piwka, a później przychodzili do nas i już załatwialiśmy sprawę z występem. Podkreślam, że mówię tu o jednym piwku, a nie napojach wysokoprocentowych i wielkim piciu.

Nie spotkałem się z czymś takim, o czym wspominasz. No może były jakieś sporadyczne przypadki, że jakieś łebki wypiły o jedno piwo za dużo, myślały, że świat zawojują, i nie potrafiły się zachować. Takie coś mogło się zdarzyć. Jeśli tak to redakcja rozumiała, to być może. Ale coś innego? Jakieś poważne kłopoty? Zdecydowanie nie. Nigdy nie było takich problemów, żebyśmy musieli film zatrzymywać czy była jakaś rozróba.

Zresztą to była też kwestia różnych oczekiwań. W każdej społeczności widzów zawsze będą osoby, które przyjdą do kina tylko i wyłącznie po to, by obejrzeć film, bo ich to interesuje. Ale będzie też grupa osób, które przyjdą także po to, żeby pożartować z kimś, posiedzieć ze znajomymi, a czasem też skomentować film podczas seansu. To wszystko się, oczywiście, zdarzało, ale to było normalne podczas seansów, nie tylko u nas. Trudno byłoby, żebyśmy przerywali w takiej sytuacji film czy podchodzili do kogoś, chwytali za ucho i wypraszali z sali. Jeśli ktoś z foteli obok zgłosił coś takiego i prosił, żeby zareagować, bo ktoś rozrabia, to wtedy natychmiast załatwialiśmy sprawę. Bezwzględnie. Natomiast jeżeli nikt nie zwracał uwagi, to znaczyło, że ludziom to nie przeszkadzało. To była przede wszystkim rozrywka i ludzie chcieli spędzić miło czas.

Moje ostatnie pytanie dotyczy prób stworzenia przy kinie „Chemik” Dyskusyjnego Klubu Filmowego, ponieważ z „Alchemika” wynika, że taka myśl została poddana, ale ostatecznie się nie udało.

Tak, tak. Szukaliśmy rożnych form działalności dla naszego kina, w tym utworzenia DKF-u, ale to nie wyszło, więc dosyć szybko zaniechaliśmy tego pomysłu. Chcieliśmy spróbować zaprezentować tu jakieś ciekawsze filmy głębszej treści, ale to na dobrą sprawę nie było ani miejsce, ani czas.

Niemniej od czasu do czasu pojawiały się takie tytuły. Przykładowo – ostatnim filmem wyświetlonym w kinie, już w lutym 1991 roku był Ran Akiry Kurosawy. A wcześniej, w 1989 roku, do „Chemika” trafiły wznowienia Harakiri i Mostu na rzece Kwai. Trochę tego jednak było.

Tak, ponieważ takie próby podejmowaliśmy do końca. Ale z pomysłu utworzenia DKF-u zrezygnowaliśmy bardzo szybko.

W takim razie bardzo dziękuję za rozmowę. Nie pomyliłem się, spodziewając, że pomoże ona wypełnić kilka białych kart historii kina „Chemik”.

Cieszę się, że mogłem pomóc.

***

Rozmowa odbyła się 8 lipca 2021 roku.

Dodaj komentarz