Kilka dni temu w końcu obejrzałem Amerykańskiego żigolaka (American Gigolo, 1980) Paula Schradera.
Kusiło mnie, by napisać, że go sobie odświeżyłem, ale byłoby to nadużyciem, ponieważ widziałem ten film tylko raz, w telewizji, w wielu plus minus dziesięciu lat i pamiętałem z niego tylko czołówkę.
Po seansie mam kilka myśli, ale póki co chciałbym podzielić się tylko jedną z nich. Właściwie jest to nie tyle myśl, co pytanie do osób, które ten film widziały i jako tako pamiętają swój odbiór. A konkretnie odbiór finału, bo o jego interpretację mi się rozchodzi.
Schrader cytuje w nim zakończenie Kieszonkowca (Pickpocket, 1959, Robert Bresson), zarówno pod względem treści końcowych scen, jak i ich formy. Przy czym w Amerykańskim żigolaku forma ta– zwłaszcza montaż – znacząco odbiega od reszty filmu.

Stąd też finał filmu można zinterpretować jako fantazję – szczęśliwe zakończenie sprawy, o którym bohater i kibicująca mu widownia mogą tylko pomarzyć, niemożliwe do zaistnienia w świecie, jaki został odmalowany we wcześniejszych partiach filmu.
No i zastanawia mnie, na ile powszechna jest to interpretacja. Jak to u Was wyglądało?