
Nie planowałem nic o tym komiksie pisać, a jeszcze kilka minut temu myślałem, że tylko odłożę go na półkę, nucąc pod nosem „bene, bene”, ale odmieniło mi się. Spontanicznie. Gdy był tak z dwadzieścia centymetrów o miejsca, na którym miał spocząć.
Łapcie więc coś na (turbo)szybko spisane.
To był najlepszy koniec świata to bardzo dobry komiks. Nie tylko jak na polski komiks. Czy debiut. A już tym bardziej polski debiut. Po prostu – tak w ogóle.
[Tak w ogóle to też tu pierniczę. Bo polski komiks ma się bardzo dobrze, przynajmniej pod względem artystyczny, więc nie ma już potrzeby przyjmowania w ocenie polskich komiksów perspektywy „jak na polski komiks…”].
Na poziomie warstwy wizualnej, narracji, ogólnego konceptu to półka Fantagraphics. Nie najwyższa z półek tego wydawnictwa (konkurencja jest tam przecież mocarna), ale wciąż.
Na to jednak, że komiks podzieli wspaniały los Fungae Wojtka Wawszczyka i Tomasza Leśniaka, również wydany przez Kulturę Gniewu, i ukaże się w USA nakładem Fantagraphics, bym nie liczył. Ale z dobrych powodów.
To był najlepszy koniec świata to rzecz zbyt kryptyczna dla osób spoza Polski. Autorka zakłada, że pewne rzeczy się wie, a inne się zna, nawet niekoniecznie z własnego doświadczenia, ale z tytułu kulturowej osmozy.
Dużo w tym komiksie ciągów skojarzeń (tekstowych, wizualnych, tekstowo-wizualnych), tworzących znaczenia i sensy. Na moje oko część odczytań tych ciągów skojarzeń była zakładana przez autorkę, lecz sporo z nich (być może większość, ale nie zajmę w tej kwestii twardego stanowiska po jednokrotnej lekturze, do tego na świeżo po niej), ma charakter mniej lub bardziej otwarty – daje osobom czytającym pole do interpretacji, posklejania ich elementów podług własnego uznania.
Jest to dobre. A autorka zdecydowanie do śledzenia. Jeśli To był najlepszy koniec świata nie będzie jej komiksową jednostrzałówą. Szkoda by było.
Wpis pojawił się na fanpejdżu 25 czerwca 2026 roku.