
W 2022 roku na polskim rynku ukazał się świetny komiks szpiegowski Rapsodia węgierska. Pod koniec ubiegłego miesiąca do sprzedaży trafiła jego kontynuacja – Brama Orientu. Póki co wydawnictwo Kurc trzyma się więc częstotliwości publikacji oryginalnych albumów z serii „Przygody Maxa Fridmana” (te dwa pierwotnie ukazały się kolejno w 1982 i 1986 roku). Mam jednak nadzieję, że to się zmieni. Bo w przeciwnym razie na trzeci tom trzeba byłoby czekać 13 lat. Cóż… Vittorio Giardino nie słynie z tego, że spieszy mu się z wydawaniem kolejnych komiksów. Wręcz przeciwnie.
Brama Orientu to komiks niełatwy do zrecenzowania (toteż z ciekawością będę śledzić, co napiszą o nim inne osoby, bo jak dotąd zrobił to chyba tylko Patryk Karwowski z Po napisach). Nie dlatego, że trudno go ocenić. Bo to akurat jest proste. To bardzo dobry komiks. A jeśli lubicie historie szpiegowskie, zwłaszcza te w historycznym anturażu, to sądzę, że możecie brać go w ciemno.
Chodzi o coś innego. Trudno jest napisać o nim coś, co nie byłoby zlepkiem banałów (świetna warstwa graficzna, misternie skonstruowana intryga, precyzyjny scenariusz, wysoka troska o wierność realiom historycznym), a jednocześnie nie zdradzało zbyt wiele z fabuły.
„Ale zaraz, przecież ty często powtarzasz, że gardzisz kulturą strachu przed spoilerami!” – mogą zakrzyknąć osoby śledzące mnie dłużej. No, zasadniczo tak. Aaaale… Istnieją teksty kultury, w przypadku których dyskrecja w zakresie szczegółów intrygi i wątków pobocznych jest wskazana. A Brama Orientu jest jednym z nich.
Aby to jednak wyjaśnić, trzeba pokrótce nakreślić punkt wyjścia historii. Akcja komiksu rozgrywa się kilka miesięcy po wydarzeniach przedstawionych w Rapsodii węgierskiej. Lato 1938 roku zmierza ku końcowi. Do Stambułu przybywa inżynier David Stern, ścigany przez NKWD zbieg ze Związku Radzieckiego. Nie planuje on jednak zostać tam na dłużej, lecz próbuje przedostać się do Francji. Stawia tym samym francuskie władze w kłopotliwej sytuacji – te nie chcą bowiem drażnić świeżego i niepewnego sojusznika (z którym w 1935 roku podpisały francusko-sowiecki traktat o wzajemnej pomocy) w świetle rosnącego zagrożenia dla pokoju w Europie ze strony nazistowskich Niemiec. W kłopotliwej – delikatnie pisząc – sytuacji znalazł się także Fridman, który mniej więcej w tym samym czasie przybył do stolicy Turcji w interesach. Bynajmniej nie związanych z działalnością francuskiego wywiadu – z tą częścią swej przeszłości nie chce on mieć już nic wspólnego. Sęk w tym, że jego tożsamość i przeszłość są dobrze znane są także innym wywiadom, co sprowadza na niego podejrzenie działającej w Stambule siatki agentów NKWD i ich mocodawców.
Przypuszczam, że moje problemy z napisaniem recenzji Bramy Orientu bledną w porównaniu z wyzwaniem, przed jakim stanął Giardino, przymierzając się do stworzenia kontynuacji Rapsodii węgierskiej. Bo jak przebić tak wyborny komiks szpiegowski? Lub chociaż mu dorównać?
Na pewno nie mógł powtórzyć fabularnej wolty z pierwszego albumu, w którym okazało się, że Fridman od samego początku zarzuca wędkę na czerwonego łososia – intryga, którą próbował rozwikłać, była tylko zasłoną dymną, mającą odciągnąć uwagę francuskiego wywiadu od planowanego przez nazistów anszlusu Austrii.
Mógł za to podążyć za myślą, że dobry sequel to z grubsza to samo, co w oryginale, tylko więcej. Obrał jednak przeciwny kierunek. Drugi album jest nie tylko o jedną trzecią krótszy od pierwszego (62 strony właściwego komiksu), ale i skala szpiegowskiej rozgrywki jest mniejsza. Tym razem aktywną rolę odgrywają w niej tylko wywiady francuski i radziecki – naziści pozostają w tle, jako punkt odniesienia, widmo wojny wiszące nad światem. Trudno tu nawet mówić o konwencjonalnie rozumianej intrydze szpiegowskiej, jako że właściwie od samego początku wiadomo, o co toczy się gra. Stern próbuje dostać się do Francji, NKWD – go dopaść, francuski wywiad – pozbyć się z rąk gorącego kartofla, zaś Fridman – wykaraskać się z tego śmiertelnego galimatiasu. I nie ma w tym nic złego. Bo suspens wynika tu z obserwowania, kto dopnie swego, oraz z odkrywania tożsamości i intencji postaci drugoplanowych.
W ten oto sposób – po czterech akapitach – mogę w końcu przejść do wyjaśnienia, dlaczego akurat w przypadku Bramy Orientu wolę nie zdradzać zbyt wielu szczegółów fabuły. Najprostszą odpowiedzią byłoby, że im mniej o niej wiemy, sięgając po komiks, tym większa będzie przyjemność płynąca z jego lektury. Ale takie wyjaśnienie niewiele mówi. Rozwinę więc, kapitulując przed banałem. A właściwie – zanurzając się w nim po czubek głowy.
Wiem, że metafora, w myśl której jakiś utwór jest niczym puzzle czy inna układanka, którą próbujemy złożyć krok po kroku, wyłapując i analizując kolejne informacje, jest – zwłaszcza w przypadku intryg szpiegowskich i kryminalnych – już dawno zarżnięta. Ale cóż poradzić, skoro taka jest właśnie Brama Orientu.
Giardino, jak już wspominałem, szybko wystawia nam, kim są główni gracze i jakie są ich cele, przynajmniej w ogólnym zarysie. Z drugiej jednak strony pozostawia i tworzy szereg wątpliwości w kwestii szczegółów i postaci drugoplanowych – kim są kobieta i mężczyzna, których Fridman poznaje na statku płynącym do Stambułu, co francuskie władze zdecydują w kwestii Sterna, co planuje i kim właściwie jest hrabia Bieżukow, mający silną pozycję w stambulskim półświatku? Autor stopniowo podsuwa nam kolejne elementy tej układanki, czy to w interakcjach Fridmana z innymi postaciami (w tym przypadku jednak nigdy nie możemy mieć pewności, czy mówią mu prawdę), czy scenach przedstawionych z punktu widzenia obiektywnego narratora. I jak w klasycznym whudunicie do nas należy ich poskładanie, a nagrodą za ten wysiłek może być wcześniejsze zakrzyknięcie: „Mam to! I chyba wiem, jak to się skończy”.
Liczę na to, że album dobrze się sprzeda i wkrótce ukaże się u nas kolejna przygoda Fridmana. Zastanawia mnie tylko, jak Bartosz Kurc ugryzie jego wydanie. Albumy od trzeciego do piątego układają się bowiem w większą całość – trylogię rozgrywającą się w Hiszpanii w schyłkowym okresie wojny domowej. Fajnie byłoby przeczytać ją w integralu. Ale nie wiem, na ile polski wydawca miałby możliwość samodzielnego upichcenia takiego zbiorczaka.
P.S. Choć Giardino słynie z tego, że dokłada w tej serii starań do dochowania wierności realiom historycznym, to w „Bramie Orientu” popełnił jeden błąd – część Turków chodzi w nim, także w przestrzeni publicznej, w fezach, których noszenia Atatürk zakazał w 1925 w ramach rewolucji kapeluszowej.
Dla porządki: Tekst powstał na podstawie egzemplarza recenzyjnego przekazanego mi przez wydawcę.