Filmowe ósemki 2026 roku #1

W ubiegłym roku miałem plan, a właściwie to postanowienie noworoczne, żeby regularnie zamieszczać w swoich mediach społecznościowych, a później także na blogu, zestawień ośmiu plakatów filmów, które ostatnio obejrzałem (zarówno po raz pierwszy, jak i w ramach odświeżania) – i krótkiego komentarza.

Nie pykło. Skończyło się na dwóch zestawieniach filmowych (i jednym komiksowym). Ale spróbuję podjąć wyzwanie raz jeszcze. Przed Wami pierwsze osiem filmów, jakie obejrzałem w tym roku.

Nad dwoma pełnometrażowymi animacjami w reżyserii René Laloux – Władcami czasu (Les Maîtres du temps 1982) i Gandaharem (1987) – nie będę się rozwodził tym bardziej, że pisałem już tu o nich szerzej. Dość stwierdzić, że w obu przypadkach były to satysfakcjonujące powroty.

Równie satysfakcjonujący był rewatch klasycznego melodramatu Wszystko, na co niebo zezwala (All All That Heaven Allows, 1957), czy raczej – klasycznego melodramatu Douglasa Sirka z Rockiem Hudsonem, bo to niemal osobny podgatunek. Warto sprawdzić do tej pory, by zobaczyć, jak w 1955 roku w Holywood opowiadano w o romansie młodszego mężczyzny ze starszą kobietą, co było przedsięwzięciem jak na ówczesne standardy śmiałym.

Z tej ósemki powrotów do filmów widzianych wcześniej było tyle. Pozostałe widziałem po raz pierwszy. Wszystkie poza jednym są też świeże lub dość świeże.

Wyjątek stanowi Czerwona linia (Fail Safe, 1964, Sidney Lumet), który to film obejrzałem w ramach podwójnego seansu z Domem pełnym dynamitu (A House of Dynamite, 2025, Kathryn Bigelow) – podobna tematyka, dość podobna forma, uznałem więc, że fajnie się zepną w dableficzera. Bardziej przypadła mi do gustu Czerwona linia, aczkolwiek należę do osób, którym Dom pełen dynamitu się dość podobał, aczkolwiek ocena każdego z trzech aktów była coraz niższa.

Jedna bitwa po drugiej (One Battle After Another, 2025, Paul Thomas Anderson) weszła mi bardzo dobrze, aczkolwiek nie bez zastrzeżeń (wątek Avantiego to jak dla mnie połączenie leniwego pisania i deus ex machina, przede wszystkim nie kupuję też roli Seana Beana, w moim odczuciu nieznośnie przeszarżowanej).

Bardzo dobrze bawiłem się też podczas seansu Kuracji (Shell, 2024, Max Minghella), od pewnego momentu trzymając mocno kciuki za tym, żeby twórcy filmu poszli w finalne na pełnej urwie w związku z efektami ubocznymi tytułowej (przynajmniej w Polsce) kuracji. I poszli. Szapoba, szacunek. Niestety film miał pecha ukazać się po Substancji” (The Substance, 2024, Coralie Fargeat), więc porównania są nieuniknione. Na niekorzyść Kuracji.

Na koniec zostawiłem sobie Zgiń kochanie (Die My Love, 2025, Lynne Ramsay). Słodki Jeżu Ipanienko. Być może moja ocena filmu wynika z tego, że miałem względem niego zawyżone oczekiwania, głównie za sprawą obsady, ale też reżyserki. Być może. Niemniej, moje odczucia względem niego można streścić przywołując tytuł trzeciej studyjnej płyty zespołu Sedes – jest to Sraka praptaka. Aż się dziwię, że wyszło to spod ręki Ramsey, bo gdybym tego nie wiedział, to założyłbym, że to jakiś chłop (z pretensjami do kina wysokoartystycznego) napisał scenariusz i wyreżyserował film o babie, której odpierdala, gdyż-ponieważ.

Wpis pojawił się na fanpejdżu 19 stycznia 2026 roku.

Dodaj komentarz