
Oj, coś mi nie idą te filmowe ósemki, czyli donoszenie, w paczkach po osiem tytułów, co w tym roku obejrzałem, po raz pierwszy lub w ramach powtórki. Jak dotąd zamieściłem dwie, a więc zatrzymałem się na stanie ze stycznia. A jest już końcówka marca. Być może powinienem przemyśleć formułę… Ale, nie przedłużając już – co tam było oglądane?
O fąwdziesiątym, a zarazem pierwszym od dekady, sensie Nocnego plemienia (Nightbreed, 1990, Clive Barker), pisałem już na peju na początku lutego. Ale że pisałem krótko, to się powtórzę. Wiem, że obiektywnie rzecz biorąc ten film jest gorszy niż w mojej głowie, zwłaszcza jego wersja kinowa, ale i tak (z całą świadomością jego problemów) uwielbiam. A projekty i charakteryzację potworów uwielbiam do sześć-sześć-sześcianu.
Poza Nocnym plemieniem w ramach tej ósemki zaliczyłem jeszcze dwie powtórki.
Po Jak stracić chłopaka w 10 dni (How to Lose a Guy in 10 Days, 2003, Donald Petrie) sięgnęliśmy ze względu na Kate Hudson, a konkretnie jej rolę w Kuracji (Shell, 2024, Max Minghella), o której pisałem pierwszej tegorocznej odsłonie filmowych ósemek. Cóż… Od pierwszego seansu minęło dwadzieścia lat i wciąż nie mogę zrozumieć, jak główne postaci mogły się w sobie zakochać. Niemniej – Hudson wypada w tej konwencji bardzo w porządku i fajnie było zestawić sobie tak odmienne role w filmach, które dzielą dwie dekady.
Całościowo o wiele lepiej wypadł rewatch Godziny świni (The Hour of the Pig, 1993, Leslie Megahey), czyli komedii kryminalnej inspirowanej działalnością XV-wiecznego francuskiego prawnika Barthélemy de Chasseneux i rozprawami, w których sądzono zwierzęta. Wiem, że sięgnięcie po tę frazę, to sięganie po nisko wiszący owoc, ale – bawiłem się jak prosię. Szkoda tylko, że nie obejrzałem oryginalnej wersji brytyjskiej, lecz amerykańską, na której swe łapa położyła ta spierdolina Harvey Weinstein, ale tylko do niej miałem dostęp.
Wśród pięciu tytułów, które obejrzałem po raz pierwszy, znalazł się tylko jeden staroć – Wyspa umarłych (Isle of the Dead, 1945, Mark Robson). Miałem go na liście filmów do obejrzenia od lat – zarówno ze względu na inspirację obrazem Arnolda Böcklina, jak i fakt, że wyprodukował go na Val Lewton, który miał świetną rękę do tanich, atmosferycznych horrorów – ale jakoś nigdy wcześniej się za niego nie zabrałem. A zrobiłem to w końcu pod wpływem komiksu Krew dziewicy od Kultury Gniewu, w którym główny bohater, realizując swój film, wskazuje na Wyspę umarłych jako jedną z inspiracji. Uznałem to za znak, że czas nadrobić. I choć nie postawię Wyspy umarłych na podium najlepszych filmów, nad którymi Lewton sprawował producencką pieczę, miło spędziłem tę godzinę z groszami. No i zawsze fajnie popatrzyć na Borisa Karloffa, gdy faktycznie ma coś do zagrania.
Fajnie też ogląda się Tetsurō Tambę, ale niekoniecznie w filmie Bohachi Bushido: Kodeks Zakazanej Ósemki (Poruno jidaigeki: Bōhachi bushidō aka Bohachi Bushido: Code of the Forgotten Eight, 1973). Choć wyreżyserował go Teruo Ishii, którego bardzo cenię, między innymi za to, że potrafił wycisnąć sporo (zwłaszcza pod względem wizualnym) także ze słabych scenariuszy, w tym przypadku wyszedł seksploatacyjny standard lat 70. ubiegłego wieku. Raczej nie ma sensu sięgać, chyba że chce się sprawdzić, jak wyglądała adaptacja filmowa mniej znanej mangi Kazuo Koikego i Gosekiego Kojimy, których dorobek ślicznie prezentuje teraz na polskim rynku wydawnictwo Hanami.
W końcu zaliczyłem też Babilon (Babylon, 2022, Damien Chazelle), za który jakoś nie miałem serca zabrać się od chwili premiery, a teraz trochę żałuję, że nie zrobiłem tego wcześniej, bo na scenach bezpośrednio dotyczących produkcji filmowej bawiłem się świetnie. Na reszcie nieco mniej, ale też nieźle. Tylko ten wątek pseudoromantyczny był tam potrzebny jak penis papieżowi.
Z rzeczy najświeższych obejrzałem Ostatniego wikinga (Den sidste viking aka The Last Viking, 2025, Anders Thomas Jensen) i Bez wyjścia (Eojjeolsuga eobsda aka No Other Choice, 2025, Park Chan-wook). Ostatni wiking był w porządku, ale też utwierdził mnie w przekonaniu, że jeśli widziało się dwa filmy Jensena, to widziało się wszystkie. No ale tak złośliwi, jak i niezłośliwi mogą zapytać – czy na tym nie polega autorstwo w filmie? Bez wyjścia za to bardzo polecam. I na tym poprzestanę, ponieważ chciałbym kiedyś poświęcić temu filmowi nieco więcej znaków.