Filmowe ósemki 2026 roku #2

Trochę to trwało, ale w końcu przybywam z drugą odsłoną filmowych ósemek 2026 roku. Czyli wykazu filmów, które ostatnimi czasy oglądałem, z krótkim komentarzem. Na ten rzut nie załapała się żadna powtórka – wszystkie z nich widziałem po raz pierwszy.

Najstarszym był Świat, ciało i szatan (The World, the Flesh and the Devil, 1959, Ranald MacDougall), po który sięgnąłem w ramach nadrabiania zaległości w historii kina postapokaliptycznego. Choć film jest adaptacją powieści Purpurowa chmura (The Purple Cloud) z 1901 roku autorstwa M. P. Shiela, czytelniejszym dla współczesnych odbiorców punktem odniesienia będzie wydana w 1954 roku powieść Richarda Mathesona Jestem legendą (I Am Legend) i jej późniejsze adaptacje. Minus wampiry. Bo punkt wyjścia jest podobny – mężczyzna, który być może jest ostatnim człowiekiem na Ziemi, urządza sobie życie w opustoszałym mieście. Jakiś czas później okazuje się jednak, że ocalał nie tylko on – najpierw odkrywa, że w mieście żyje jeszcze młoda kobieta, później zaś przybywa do niego ponad czterdziestoletni mężczyzna. I robi się tłok. A napięcie między ocalałymi narasta. Tym bardziej że główny bohater jest czarnoskóry, co ma głębokie konsekwencje dla fabuły. Bo jest to film, który wygrywa kwestie rasowe w ówczesnym amerykańskim społeczeństwie. Warto obejrzeć.

Zdecydowanie mniej warto poświęcać natomiast czas na Legion potępionych (La Legione dei dannati aka Battle of the Commandos, 1969, Umberto Lenzi), po który sięgnąłem z trzech względów – z uwagi na reżysera, w ramach powolnego nadrabiania macaroni combat oraz dlatego, że to wariacja na temat Parszywej dwunastki (The Dirty Dozen, 1969, Robert Aldrich). Niestety, zwłaszcza na tle Parszywej dwunastki, Legion potępionych wypada słabo, głównie ze względu na postaci, które, poza dwiema, są słabo zarysowane, a im dalej w szeregu się znajdują, tym bardziej są nierozróżnialne. Niby widać próbę zrobienia czegoś ciut ciekawszego z główną postacią, zwłaszcza pod koniec, ale wychodzi to mocno nieprzekonująco.

Seanse Zabójczego Boga (Matar a Dios aka Killing God, 2017, Caye Casas, Albert Pintó) i Stolika kawowego (La mesita del comedor aka The Coffee Table, 2022, Caye Casas) sprawiły, że dodałem Casasa do mentalnej listy twórców, których trzeba śledzić. Po Stolik kawowy sięgnąłem dość spontanicznie, trochę bez przekonania i bez oczekiwań, ale sprawne kombo okrutnej czarnej komedii i przejmującego dramatu skłoniło mnie do natychmiastowego sprawdzenia wcześniejszego filmu reżysera. Pierwsze – wciąż robocze – skojarzenie, jakie mam, to wczesny Álex de la Iglesia, tylko bardziej nihilistyczny. Czekam na jego kolejne filmy.

Diva Futura (2024, Giulia Steigerwalt) i Balkoniary (Les femmes au balcon aka The Balconettes, 2024, Noémie Merlant) były rozczarowujące. W przypadku tego pierwszego nie mogłem wyjść ze zdziwienia, że taki temat przełożył się na miałki biopic o bałaganiarskiej strukturze. Balkoniary weszły mi lepiej, ale to może kwestia braku oczekiwań (które w przypadku Divy Futury były wysokie). Początek był bardzo w porządku, ale dość szybko film przerodził się w mieszankę trafień i pudeł – są tam dobre pomysły, ale całości ciąży metaforyka budowana na zabiegu „to może być wątek nadnaturalny, ale też wszystko można wyjaśnić omamami”.

Na koniec zostały dwa tytuły, które (trochę mimo różnic między nimi, a trochę za ich sprawą) można przypisać do kategorii niby-o-polityce-ale-jednak-nie. Przy czym pierwszemu z nich to służy, a drugiemu – wręcz przeciwnie.

Służy to Pogłoskom (Rumours, 2024, Guy Maddin, Evan Johnson), których wymowę polityczną można streścić do banalnej konstatacji, że na wysokich szczeblach polityki międzynarodowej chodzi o to, żeby zgrabnie mówić tak, by nic nie powiedzieć i podtrzymać status quo. Niby można doszukiwać się w filmie nieco głębszej myśli, mianowicie, że przywódcy liberalnych demokracji nie są w stanie działać inaczej nawet w obliczu zagrożenia egzystencjalnego, ale, nawet jeśli takie były intencje twórców, siła Pogłosek tkwi nie w tej myśli, lecz sposobie jej ogrania. Jest to film i zabawny, i niepokojący, i niepokojąco zabawny.

Rocznica (Anniversary, 2025), czyli hollywoodzki debiut Jana Komasy, to już inna para kaloszy, choć jednocześnie druga strona tego samego medalu. Jest to rzecz sprawna warsztatowo, ale jeśli uznać, że mówi coś ciekawego o współczesnym świecie, a zwłaszcza polityce, to robi to wbrew sobie – pokazując, że nie jest w stanie niemal nic o tym powiedzieć. Przy czym nie mam tu na myśli tego, na co zwracano uwagę w części recenzji – że film nie zajmuje jasnego stanowiska politycznego, nie wskazując źródła swej (póki co) fikcjonalnej dystopii w rzeczywistym świecie wokół nas. Bo nawet jeśli Lori Rosene-Gambino nawrzucałaby do scenariusza multum mniej lub bardziej czytelnych odniesień do alt-rightu, postępującej faszyzacji Partii Republikańskiej i wszystkich Fuentesów tego świata, to pozostałby ten sam problem – Rocznica nie mówi nic o tym, co sprawia, że zarówno w jej świecie, jak i w tym prawdziwym, system faszystowski (uwzględniając też jego wariant „to nie jest faszyzm, sprawdź sobie definicję”) jawi się jako atrakcyjna opcja dla tak wielu ludzi, także z klasy średniej (zaznaczam, że nie chodzi mi o osoby, które miałyby pełnić w tym systemie funkcje kierownicze, bo akurat tę kwestię film ogrywa), ani dlaczego demokracji liberalnej warto bronić. W tym sensie ten „dystopijny thriller polityczny”, jak bywa opisywany, jest filmem właściwie niepolitycznym. Osobną kwestią jest to, czy w ramach głównonurtowego kina amerykańskiego w ogóle da się zrobić film prawdziwie polityczny.

Dodaj komentarz