Historia mówiona kina w Alwerni i okolicach: Janusz Cholewa

Budynek, w którym w latach 1982-1991 mieściło się kino „Chemik” (Google Street View, 2013).

Poniżej znajdziecie zapis kolejnej rozmowy, jaką przeprowadziłem w ramach projektu poświęconego historii kina „Chemik”, działającego w latach 1982-1991 przy Zakładach Chemicznych „Alwernia” w Alwerni.

W ubiegłym roku zamieściłem na blogu wstępną wersję artykułu na temat dziejów tego kina, zrekonstruowanych na podstawie zakładowego pisma „Alchemik”. W tym roku natomiast opublikowałem jak dotąd zapisy trzech rozmów – z panem Kazimierzem Kulczykiem, wieloletnim kierownikiem klubu „Chemik”, a co za tym idzie także mieszczącego się w nim kina, panią Janiną Kopeć, niegdysiejszą kierowniczką kina w Regulicach, oraz panem Romanem Palką, działaczem społecznym z Regulic, który w młodości często odwiedzał tamtejsze kino.

Dziś zaś mam dla Was rozmowę z panem Januszem Cholewą, wieloletnim pracownikiem Zakładów Chemicznych „Alwernia” i współpracownikiem przyzakładowego pisma „Alechemik”.

***

Na początek pragnę bardzo podziękować za to, że zgodził się Pan na rozmowę, która przyczyni się do rekonstrukcji dziejów kina „Chemik”.

Postaram się pomóc, choć zaznaczam, że nie byłem zaangażowany w jego funkcjonowanie.

Tak. Niemniej jako współpracownik zakładowego pisma „Alchemik” z pewnością był pan dość dobrze zorientowany w tym, co dzieje się wokół zakładów. Ponadto pod koniec 1982 roku napisał pan do niego artykuł podsumowujący pierwsze tygodnie działalności kina.

Zgadza się.

To właśnie od tego artykułu chciałbym rozpocząć naszą rozmowę. Otóż stwierdził Pan w nim, że warto byłoby zwiększyć zakres promocji kina wśród pracowników zakładów i w okolicznych miejscowościach i Alwerni poprzez reklamę w formie plakatów oraz anonsy w prasie regionalnej i zakładowym „Alchemiku”. Pomysł zamieszczania informacji o repertuarze w „Alchemiku” szybko się urzeczywistnił – te pojawiły się już w pierwszym numerze z 1983 roku i były zamieszczane do końca funkcjonowania kina. Jeśli jednak chodzi o afisze, to ograniczono się tylko do jednego, zawieszanego na budynku, w którym mieścił się klub „Chemik”, a co za tym idzie – kino.

Tak. Informacji o repertuarze kina nie było nawet na tablicy ogłoszeń w Alwerni. Jednak, z perspektywy czasu, muszę powiedzieć, że informacje o tym, co będzie grane, dość szeroko się rozchodziły wśród pracowników i okolicznych mieszkańców. Bo jednak, mimo wszystko, gdy kino zaczynało działalność, pojawiło się trochę ciekawych filmów. I ludzie chcieli je oglądać. W telewizji pokazywali wówczas „przyjacielskie” filmy ze Związku Radzieckiego, na których ja zasypiałem. A wideo było wtedy jeszcze wielkim rarytasem.

A co do ograniczonej formy reklamy, to chodziło przede wszystkim o minimalizację kosztów. Bo, bądźmy szczerzy, kino nie przynosiło wielkich zysków. Nie o to zresztą w nim chodziło. Robiono to po to, by okolicznym mieszkańcom urozmaicić życie, zaproponować im coś, bo jeśli nie liczyć „Chemika” to nie było tu klubu, nie było żadnych kawiarni. Nie było ciekawych zajęć – popołudnia czy wieczory spędzało się w domach. W związku z tym, kiedy otwierano kino – jednym z inicjatorów był Zbyszek Klatka, był Kazimierz Kulczyk, Jan Racut – to pomysł był taki, żeby stworzyć ludziom możliwość jakiejś rozrywki.

Wiem, że informacje o repertuarze kina „Chemik” podawano również przez zakładowy radiowęźle. Zastanawia mnie jednak, na ile te informacje były rozbudowane, to znaczy – czy podawano tylko tytuły filmów czy może pojawiały się ich dłuższe omówienia. W ogóle może mógłby Pan coś więcej o tym powiedzieć.

Zakładowy radiowęzeł przez długi czas, jeszcze przed powstaniem kina „Chemik”, prowadziła pani Kazimiera Błaszkiewicz, później nazywała się Michalik. Audycje nie były na żywo tylko zawczasu przygotowywane na taśmie magnetofonowej. Pani Błaszkiewicz nagrywała co rano wiadomości, które włączała do audycji. Najpierw było przywitanie, potem wiadomości, a dalej informacje, co ciekawego dzieje się w zakładach i w gminie. Trwało to piętnaście minut i było przerywane piosenkami. Pani Błaszkiewicz prowadziła radiowęzeł do… Nie jestem do końca pewien, ale wydaje mi się, że do 1980 roku.

Audycje te były bardzo dobrze realizowane, ale zdarzały się też ciekawe i zabawne sytuacje. Dobrze pamiętam jedną, jeszcze z czasów, gdy byłem w zakładach na praktykach w 1976 roku. Otóż siedzimy sobie w biurze razem z kolegami i nagle słyszymy, ze zapowiadane są mrozy do 30 stopni poniżej zera. A był środek lata! Okazało się, że pani Błaszkiewicz puściła nagranie jeszcze z zimy [śmiech]. To dlatego, że nowe audycje były nagrywane na tych samych taśmach, co stare, a później, po nagraniu, przewijano taśmę do momentu rozpoczęcia audycji z danego dnia i puszczano ją przez radiowęzeł. Tym razem jednak pani Błaszkiewicz przewinęła taśmę za daleko i puściła nagranie sprzed kilku miesięcy [śmiech].

Ale wracając do radiowęzła i kina. W czasach funkcjonowania kina radiowęzeł prowadziła już Ewa Szarek. Redakcja „Alchemika” sprawowała nadzór nad radiowęzłem, więc z Ewą sporo współpracowałem – od 1982 roku przygotowywałem dla radiowęzła muzykę, pomagałem też często przy redakcji audycji. Ewa chyba już nie puszczała wiadomości, a przynajmniej ja sobie tego nie przypominam. Natomiast poświęcała dużo miejsca kwestiom związanym z zakładami. Przede wszystkim po tym, jak w 1982 roku odblokowano nam „Alchemika”, który zawieszono w chwili wprowadzenia stanu wojennego, Zbyszek Klatka zdecydował, że w radiowęźle będą czytane najciekawsze teksty z pisma. A w ramach informowania o tym, co dzieje się w zakładach – o decyzjach zarządu, działalności związkowej, wycieczkach, wydarzeniach i tym podobnych – zaczęto też podawać informacje o tym, co w najbliższym czasie będzie grane w kinie. Z tym że nie były to rozbudowane omówienia, ale podstawowe informacje – tytuł, godzina projekcji i od ilu lat dozwolony jest film.

Informacje o repertuarze kina „Chemik” podawano również w „Gazecie Krakowskiej”. Przyznam, że początkowo bardzo zdziwiło mnie, że trafiały tam informacje o filmach wyświetlanych w, jakby nie patrzeć, niewielkim kinie przyzakładowym mieszczącym się w sporej odległości od Krakowa. Dopiero później pan Kazimierz Kulczyk uświadomił mnie, że „Alchemik” był drukowany w tej samej drukarni co „Gazeta Krakowska” i – o ile mu wiadomo – składali go ci sami ludzie. Pan Kulczyk stwierdził, że być może osoby te brały informacje o repertuarze kina „Chemik” z „Alchemika” i zamieszczali je później w „Gazecie Krakowskiej”. Czy wie Pan coś na ten temat?

Ja rozpocząłem współpracę z „Alchemikiem” w 1982 roku i wówczas wyglądało to tak, że my, wszystkie teksty najpierw pisaliśmy ręcznie, później, po korekcie, przepisywano je na maszynie i Zbyszek Klatka zawoził je do drukarni do Krakowa. Tam przygotowywano matryce do druku, konsultowano z nim, czy taki układ pasuje, i drukowano pismo. Przy takiej metodzie pracy nigdy nie można było do końca stwierdzić zawczasu, ile artykułów i innych materiałów ostatecznie wejdzie do numeru po jego złożeniu, więc przygotowywaliśmy ich trochę więcej i dzieliliśmy pod względem ważności – na te, które muszą pójść, te, które powinny, oraz takie, które mogą, ale jeśli nie będzie innego wyjścia, to można z nich zrezygnować.

Potem, gdy już do użytku weszły komputery, a było to za czasów, gdy dyrektorem zakładów był pan Kazimierz Boroń [W latach 1985-1993 był on dyrektorem naczelnym zakładów, a w latach 1993-1996 prezesem ich zarządu – D.G.], teksty pisaliśmy na komputerze, zbieraliśmy wszystkie materiały i dostarczaliśmy je do drukarni na dyskietkach lub dyskach CD.

A co do zamieszczania informacji o repertuarze „Chemika” w „Gazecie Krakowskiej”, to nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że była to zasługa Zbyszka Klatki, który był, a w sumie – do tej pory jest bardzo obrotnym człowiekiem z wieloma znajomościami. Bardzo zależało mu też na promocji kina „Chemik”, wiec podejrzewam, że wykorzystał koneksje w drukarni i załatwił, żeby informacje o repertuarze zamieszczano też w „Gazecie Krakowskiej”. Ale to już musiałby pan ze Zbyszkiem porozmawiać. On byłby to pewnie w stanie dokładnie wyjaśnić.

Na podstawie samych materiałów z „Alchemika” poświęconych kinu „Chemik”, których nie było znowu aż tak wiele, trudno jest mi określić, jak dużą popularnością to faktycznie się cieszyło na różnych etapach funkcjonowania. Staram się jednak wyrobić sobie jakieś wyobrażenie w tym zakresie na podstawie opinii różnych rozmówców. Czy pan ma jakąś wiedzę lub jakieś wyobrażenia w tej kwestii?

Tylko ogólne wrażenia. Głównie na podstawie rozmów z osobami pracującymi w klubie. A to dlatego, że sam w kinie „Chemik” na filmie byłem tylko raz. W tamtych czasach nie miałem już zbyt dużo czasu, żeby chodzić do kina, ponieważ miałem rodzinę, pracę, współpracowałem z „Alchemikiem”, a do tego jeszcze uczyłem w szkole zawodowej – niekiedy nawet 17 godzin tygodniowo. Wychodziłem do pracy przed 6:00, spędzałem tam osiem godzin, o 14:30 miałem pierwsze lekcje w szkole, a do domu często wracałem po 20:00. Seanse w kinie odbywały się w piątki i soboty, ale w weekend trzeba było się przygotować do pracy w zakładzie i w szkole, opracować materiały do „Alchemika” i radiowęzła, a przyznaję, zwłaszcza początkowo pisanie zabierało mi sporo czasu, ponieważ zawsze starałem się dobrze do tego przygotować, zebrać materiały i tak dalej. Poza tym chciałem też spędzić jakiś czas z rodziną.

Tak więc do „Chemika” wybrałem się tylko raz. To znaczy – na seans. Bo poza tym bywałem tam często ze względu na współpracę w innych tematach, w związku z pismem i radiowęzłem. Do dziś dobrze to pamiętam. To był seans Poszukiwaczy zaginionej arki.

Repertuar „Chemika” mam odnotowany i widzę, że Poszukiwaczy zaginionej arki grano tam dwa razy – najpierw w listopadzie 1984 roku, a później w grudniu 1987 roku.

To był chyba ten pierwszy pokaz. Wyciągnął mnie na niego kuzyn mojej żony. Powiedział coś w stylu: „Grają Arkę, fajny film, chodź”. No i faktycznie, bardzo mi się ten film podobał. Nie tylko mnie zresztą – budził ogromne zainteresowanie. Sala była pełna.

W każdym razie to był jedyny raz, kiedy wybrałem się na film do „Chemika”. Nie znaczy to, że filmów nie oglądałem, bo oglądałem sporo, ale wolałem robić to na wideo, ponieważ było mi łatwiej wygospodarować na to czas.

Jeśli chodzi o moje wrażenia co do frekwencji w kinie „Chemik”, to początkowo ta była duża. Tego jestem zresztą pewien, bo rozmawiałem często z panią Ambrozińską [kasjerką w kinie – D.G.] czy z Ewą Szarek. Później zaczęło to trochę siadać, a na końcu to… No, niewielkie zainteresowanie to już budziło.

Nawiązując do tych Poszukiwaczy zaginionej arki – myślę, że dla frekwencji w kinie „Chemik” kluczowe znaczenie miała atrakcyjność filmu czy też jego rodzaj. Ponieważ, wie pan, do tego kina przychodzili raczej ludzie młodsi. Starszych było tam jak na lekarstwo. A młodzi mieli swoje preferencje. To musiał być film, gdzie coś się działo – jakaś sensacja, jakaś akcja. No, po prostu, musiał być to film, który aż porywał, żeby na niego iść i dołączyć do tego. A później, mam wrażenie, repertuar poszedł bardziej w kierunku aktualnej wtedy klasyki, która ludzi nie za bardzo interesowała.

Chociaż muszę powiedzieć, że pamiętam niezwykła sytuacje z filmem Przeminęło z wiatrem. Były na niego z naszego zakładu organizowane wyjazdy do kina „Kijów” w Krakowie”. Dwa autobusy wtedy pojechał. Wiem, że chętnych było jeszcze więcej, tylko klub fabryczny, który załatwiał bilety, nie mógł ich więcej dostać. A przecież to był film, który raczej młodych ludzi nie interesował.

Przeminęło z wiatrem wznowiono w polskich kinach w 1989 roku. Pewnie właśnie ze względu na zainteresowanie, o którym Pan mówi, puszczono go później w kinie „Chemik” – w marcu 1990 roku.

Tego, że on był później wyświetlany w „Chemiku” – przyznam – nie wiedziałem. Natomiast sądzę, że kiedy mowa o „Chemiku”, należy podkreślić, że to nie było tylko kino, ale cały klub, w którym organizowano także inne inicjatywy.

Pan Kulczyk opowiadał mi, że raz gościł tam nawet Chór Aleksandrowa, co bardzo mnie zdziwiło.

Tak. Przyjeżdżali różni artyści. Ale organizowano tam także inne rzeczy, nie tylko występy profesjonalnych wykonawców. Nie wiem, czy ktoś panu już o tym opowiadał, ale odbywały się tam także takie, powiedzielibyśmy, amatorskie pokazy kabaretowe połączone z imprezami. Organizowali je brat Zbyszka – Marek – wraz z Janem Kopciem z Regulic. Po raz pierwszy odbyły się, jeśli dobrze pamiętam, w ramach wieczoru andrzejkowego. Mieli naprawdę dzikie pomysły – raz główną nagrodą, dla najlepszych uczestników, był mały kotek [śmiech]. Innym razem odbył się konkurs opowiadania dowcipów, w którym główną nagrodą był taki wielki gwóźdź. Tak więc „Chemik” to nie było tylko kino.

Nieco wcześniej stwierdził Pan, że początkowo kino „Chemik” cieszyło się popularnością, ale później coś się w tym zakresie popsuło. Wspominał Pan o atrakcyjności repertuaru, zwłaszcza dla młodej widowni. Czy ma Pan jakiś pomysł, z czego jeszcze mógł wynikać spadek zainteresowania widowni? Pytam o to każdego rozmówcy i większość wskazuje na wideo. Pan Kazimierz Krański przywołał nawet precyzyjną cezurę – stwierdził, że w 1985 roku upowszechniły się w okolicy odtwarzacze wideo i kino straciło na popularności. Na wideo wskazywali też panowie Kazimierz Kulczyk i Roman Palka. Zresztą, także Pan wspominał o wideo, gdy przed miesiącem umawialiśmy się na tę rozmowę.

Po naszym pierwszym spotkaniu trochę się nad tym zastanawiałem i sądzę, że wideo było jedną z przyczyn, ale nie jedyną. Musiało się na to złożyć kilka rzeczy, ponieważ tak z reguły bywa, że różne czynniki nakładają się na siebie.

Myślę, że duży wpływ miał repertuar – ta atrakcyjność filmów, o której mówiłem. Nigdy tego nie analizowałem, więc nie wiem dokładnie, co i kiedy grano w kinie „Chemik”, a co w innych kinach, ale mam wrażenie, że w pewnym momencie w dystrybucji kinowej w Polsce nie było zbyt wiele interesujących filmów – takich naprawdę wystrzałowych, które powszechnie by się podobały. Na pewno w pewnym momencie – choć tu również nie podam dokładnej daty, kiedy się to zaczęło – zainteresowanie projekcjami w „Chemiku” było bardzo małe. Do tego stopnia, że przestało się to opłacać.

Nie sądzę więc, że wideo było jedyną przyczyną. Choć na pewno odegrało ważną rolę.

Czy byłby Pan w stanie o tym nieco więcej powiedzieć? Na przykład – skąd brano kasety wideo? Wiem, że w latach 90. działały już w okolicy wypożyczalnie kaset wideo. Zresztą, co odbieram jako rzecz symboliczną, w „Alchemiku” z lutego 1991 roku na tej samej stronie znalazły się informacja o zamknięciu kina „Chemik” i reklama wypożyczalni. Ale przecież i wcześniej, jakoś te kasety musiały do Alwerni i okolic trafiać.

Tę wypożyczalnie mieli państwo Berny. Ale wcześniej, przed pojawieniem się wypożyczalni, kasety krążyły już w takim, można powiedzieć, nieformalnym obiegu. Ludzie kupowali kasety na giełdach – głównie w Krakowie, ale też w Chrzanowie. Bywały też przypadki, że rodziny z Alwerni miały kogoś w Stanach i dostawały stamtąd filmy, które ze względów politycznych w Polsce w oficjalnym obiegu nie istniały, jak filmy o Rambo. Ludzie wymieniali się wtedy tymi kasetami, pożyczali je sobie. To był prawdziwy szał.

Poza tym w Alwerni było kilka osób, które kopiowały filmy i je sprzedawały, nieźle na tym zarabiając. Sam znałem dwie takie osoby. Tyle tylko, że to był już początek lat 90., więc trochę później. Te osoby akurat starały się przegrywać kasety najlepiej, jak to było możliwe – starały się robić to z pierwszych kopii. Bo sporo osób przegrywało filmy już z kolejnych kopii, więc obraz, przy kolejnym, kolejnym, kolejnym przegrywaniu był coraz gorszy. Dźwięk też. Obraz był niewyraźny, siało, burczało i warczało.

Źle było też z tłumaczeniami. Były takie prymitywne formy dogrywania polskich dialogów za pomocą mikrofonów – kiedy jakaś postać się odzywała, następowało gwałtowne wyciszenie oryginalnej ścieżki dźwiękowej i na to były nagrywane polskie kwestie.

W Alwerni też ktoś robił pirackie tłumaczenia?

Nie, nie. Mówiłem ogólnie. W Alwerni tego nie robiono. Filmy z takimi tłumaczeniami brano z giełdy – kupowano je i przywożono. Tutaj tylko przegrywano je dalej.

A jak oglądano te filmy? Gdy ostatnim razem rozmawialiśmy, wspominał Pan o jakichś pokazach grupowych.

Z tym już różnie bywało. Niektórzy mieli własne odtwarzacze wideo. Inni zaś pożyczali je lub chodzili oglądać filmy do kogoś. Ja akurat miałem taką możliwość, żeby co jakiś czas pożyczyć wideo z zakładów. No i niekiedy przychodziło kilka osób, czasem kilkanaście, i robiliśmy noc filmową. Czasami zdobywało się jakiś naprawdę rzadki film – taki, którego nie można było wtedy zobaczyć w kinach. Pamiętam, że jednym z takich filmów był Mad Max. I Predator – ten robił naprawdę ogromne wrażenie.

Czasem więc takie pokazy odbywały się w domach osób, które miały wideo. Ale te pokazy, o których panu wtedy wspominałem, miały inny charakter. A było to tak, że członkowie ZSMP [Związek Socjalistycznej Młodzieży Polskiej – D.G.] utworzyli przyzakładowe koło wideo. Było tam kinu fanów wideo i oni wpadli na pomysł, żeby organizować takie bezpłatne pokazy filmów z kaset wideo.

To byli bardzo młodzi ludzie – mieli po dwadzieścia kilka lat, poniżej trzydziestu. Im się chciało coś robić. Nikt na tym nie zarabiał, bo te pokazy, jak mówiłem, były darmowe. Oni po prostu mieli satysfakcję z tego, że ktoś chce oglądać to, co oni. Dziś oczywiście nikt by się na coś takiego nie odważył, bo to przecież było naruszenie wszelkich praw autorskich. I te pokazy cieszyły się dużą popularnością. Przychodziło po 20, 30 osób i wspólnie oglądało filmy.

Po 20, 30? To sporo

Niekiedy nawet więcej. To też dużo zależało od atrakcyjności filmu. Pamiętam, że na pokaz filmu Czarna Emanuelle przyszło dużo ponad 30 osób.

A czy pamięta Pan może jeszcze jakieś inne filmy, które cieszyły się popularnością na tych pokazach?

Oj, wiele ich nie pamiętam, ponieważ to było dawno temu. Bardzo dużą popularnością cieszyła się cała seria filmów Lody na patyku. Duża frekwencja była też na serii Akademia Policyjna. Dużym zainteresowaniem cieszył się także Żelazny orzeł. To również była seria filmów. Nie pamiętam, ile ich grano na pokazach, ponieważ część powstała już w latach 90., ale pierwszy na pewno, drugi chyba też [Trzecia część miała premierę w 1992 roku – D.G.]. Co konkretnie jeszcze wyświetlano, nie pamiętam, ale muszę powiedzieć, że sporo ciekawych filmów na tych pokazach obejrzałem, bo akurat na nie miałem niekiedy czas pójść.

Co ciekawe, w ramach tych pokazów, czy też – tego klubu – wyświetlono także Przeminęło z wiatrem, ale przyznam szczerze, że ciężko było na tym filmie wytrzymać, bo przecież trwa ponad 3,5 godziny, a kopia była słaba.

Skoro te pokazy były organizowali członkowie ZSMP, to gdzie się odbywały? Na terenie zakładów?

Dokładnie tam, gdzie mieściło się kino „Chemik”. Była tam scena, a nad nią ekran kinowy. Na tę scenę wystawiano telewizor, podłączano wideo, ludzie się rozsiadali i oglądano filmy. Nie pamiętam, jak często te pokazy się odbywały. Na pewno nie codziennie tylko co jakiś czas.

I dyrekcja klubu nie miała z tym problemu?

Wie pan – to były inne czasy. Myślenie w takich kategoriach, że coś jest konkurencją dla kina, o jakichś prawach autorskich czy innych historiach – tym się wtedy nikt nie przejmował. A wręcz – to nikomu nie przychodziło wtedy do głowy. Patrzyło się na to raczej w ten sposób, że ci młodzi ludzie chcą robić coś dla innych, dostarczyć im jakąś rozrywkę. Szczerze mówiąc, to nie sądzę, żeby ktokolwiek z dyrekcji wiedział, co się tam działo. Po prostu udostępniano salę ZSMP i nikogo nie obchodziło, co oni tam robili. Była osoba, która po południu sprzątała salę – bo te pokazy odbywały się popołudniami, po pracy – a potem przypilnowała, żeby wszystko było, jak należy. To znaczy – żeby był porządek. Nic więcej.

A jak długo trwał taki pokaz? Ile filmów mniej więcej wyświetlano?

Zawsze było to kilka filmów. Tak więc, jeśli impreza zaczynała się – bo zwykle tak było – po 16:00 czy o 17:00, to trwała do północy, czasem do pierwszej w nocy.

Co ciekawe, to nie działało na tej zasadzie, że organizatorzy wybierali filmy do wyświetlenia i nic nie mogło się w tej kwestii zmienić. Oczywiście oni za każdym razem przygotowywali takie propozycje, organizowali kasety i informowali wcześniej, że zostaną pokazane takie a takie filmy. Te filmy trzeba było zresztą wcześniej zdobyć i kilka osób angażowało się w ich poszukiwanie, bo wtedy to nie było takie proste, że wybiera się film i bez problemu można go kupić czy wypożyczyć. Tak więc opracowywano zawczasu program, ale często było tak, że ludzie przynosili jakiś film i przed rozpoczęciem imprezy proponowali: „A może byśmy jeszcze to obejrzeli?”. Wtedy organizatorzy zastanawiali się, czy nie wyświetlić filmu, który ktoś przyniósł, zamiast jakiegoś wcześniej zaplanowanego, bo jest rzadszy czy ciekawszy. Tak więc program mógł na bieżąco ulegać zmianom.

Bardzo Panu dziękuję za tę rozmowę, zwłaszcza za naświetlenie mi kwestii związanych z kasetami i pokazami wideo. Jest to wątek, który nie pojawiał się w rozmowach, które do tej pory odbyłem, a świetnie dopełnia obraz funkcjonowania filmu w Alwerni w czasach, gdy działało tam kino „Chemik”.

Miło mi to usłyszeć.

***

Rozmowa odbyła się 15 sierpnia 2021 roku.

Dodaj komentarz