
Wielokrotnie zdradzałem tu (i w innych miejscach), że fascynuje mnie rynek wydawniczy epoki transformacji ustrojowej w Polsce. Wiecie… Ten magiczny czas, gdy książki i komiksy wydawały przedsiębiorstwa, które równolegle zajmowały się handlem owocami, importem japońskiej elektroniki, organizacją wycieczek i innymi obszarami tego całego F.H.P.U. i z o.o. Gdy masowo zaspokajano wieloletni głód czytelniczy na niedostępną w PRL-u klasykę, erotykę, solidną literaturę gatunkową i siermiężną pulpę. Gdy okładki bywały wspaniałe, koszmarne, a często wspaniałe i koszmarne jednocześnie. Gdy do tłumaczenia angażowano kogo popadnie, a o redakcji i korekcie część wydawców chyba nigdy nie słyszała.
Dawno temu wyrażałem też nadzieję, że temat ten doczeka się książkowych opracowań. I w ostatniej dekadzie z okładem sporo się w tej materii działo. W 2013 roku ukazała się monografia naukowa Bogdana Klukowskiego i Marka Tobery W tym niezwykłym czasie: Początki transformacji polskiego rynku książki (1989–1995). Nad zagadnieniem tym pochylała się też Olga Drenda w Duchologii polskiej: Rzeczach i ludziach w latach transformacji z 2016 roku. Od strony erotyki czasom tym przyjrzała się Ewa Stusińska w opublikowanej pięć lat później książce Miła robótka: Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity. W kwietniu tego roku ukazała się zaś długo zapowiadana monografia Patryka Moglinickiego Conan sp. z o.o.: Polscy ilustratorzy i projektanci okładek książek fantastycznych w Polsce okresu transformacji (1985–1995). Dwa miesiące później do sprzedaży trafiła książka poświęcona publikacjom komiksowym z tego okresu. Nie wszystkim jednak, lecz szeroko rozumianym kuriozom.
Komiksowe dziwadła epoki przełomu, bo o niej mowa, to już czwarta książka o komiksach autorstwa Daniela Koziarskiego i Wojciecha Obremskiego, a zarazem pierwsza, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Kurc. Wcześniejsze (Od Nerwosolka do Yansa: 50 komiksów z czasów PRL-u, które musisz przeczytać przed śmiercią, Polch: Kowal od komiksów i Zatrzymane w kadrze: Komiksowi twórcy z czasów PRL-u – rozmowy i wspomnienia) zostały wydane przez Novae Res.
Zmiana wydawcy była, jak sądzę, dobrą decyzją ze strony autorów. Co prawda nie wiem (i nie wnikam), jak wyszli na niej finansowo, przypuszczam jednak, że będą mieli większe możliwości dystrybucyjne i promocyjne, choćby ze względu na regularną obecność Kurca na imprezach komiksowych. Przede wszystkim jednak to większy prestiż – ich nowy wydawca cieszy się w środowisku komiksowym pewną renomą, podobnie jak seria „KOMIKSoTEKA”, w ramach której ukazały się Komiksowe dziwadła epoki przełomu. Jest jeszcze kwestia ceny. Najnowsza książka Koziarskiego i Obremskiego dostępna jest w dwóch wersjach – kolorowej z twardą okładką i czarno-białej z miękką okładką. Ceny okładkowe to odpowiednio 79,99 i 54,90 zł. Czyli taniej niż w przypadku ich dwóch ostatnich publikacji od Novae Res.
No dobra. Cena ceną, ale co znajdziemy w środku?
Zacząć należałoby od tego, jak rozumiane są przez autorów „dziwadła”. Nie są to wyłącznie pozycje złe, tak pod względem scenariusza czy rysunku (choć i takich nie brakuje), lecz także wydane w sposób urągający standardom, niekiedy nielegalnie, czy osobliwe pod względem treści i decyzji kreatywnych zarówno twórców, jak i adaptatorów.
Całość liczy blisko 300 stron, a składa się na nią ośmiostronicowy wstęp, w którym autorzy pokrótce nakreślają kontekst polskiego rynku komiksowego okresu transformacji ustrojowej i prezentują ideę książki, oraz dwanaście tematycznych rozdziałów. Wśród nich znalazły się m.in.
– „Powiew komiksowej Ameryki” (w którym Koziarski i Obremski omawiają uroczego pirata-składaka Superman: 50 lat, ofertę wydawnictwa AS-Editor oraz dwa komiksy o Batmanie wydane przez inne podmioty niż TM-Semic),
– „Eksperymentowanie z literaturą” (poświęcony adaptacjom literatury, w tym Folwarkowi zwierzęcemu w interpretacji Roberta Śniecińskiego i Fernanda Moliny, Dwóm podróżom Guliwera Gaberiela Muldyńskiego i Pawła Pawlaka oraz drugiej komiksowej wersji Pani Twardowskiej, w której wykorzystano wizerunki znanych polityków),
– „Sienkiewicz przewraca się w grobie” (czyli analogiczny rozdział, ale koncentrujący się na komiksach na podstawie utworów Henryka Sienkiewicza, takich jak nieukończeni Krzyżacy publikowani na łamach magazynu „As”, W pustyni i w puszczy Jacka Dębały i Tomasza Wilczkiewicza czy Dzikie Pola),
– „Autorzy rozkręcają się” (o albumach polskich autorów rozpoczynających, a w części przypadków zarazem kończących wówczas przygodę z komiksem, m.in. Royu Jacka Michalskiego, Chrisie telepacie Przemysława Ulatowskiego i Dacku Yoldzie Jacka Witczyńskiego, skrywającego się pod z francuska brzmiącym pseudonimem J. Métier)
– „Przedruki, pulpa i piraci” (tu m.in. cztery koszmarnie wydane piraty od GaWa Press, fumetti neri z serii „Rekin” i tytuły firmy Old Baron S.A., w tym niesławny plagiat jednego z komiksów z magazynu „Planet of the Apes”),
– „Maszkarony z wyspy Umpli-Tumpli” (poświęcony mniej cenionym pozycjom z komiksowej odnogi uniwersum stworzonego przez Mirosława Stecewicza, m.in. Balowi maskowemu, Latającym ludziom i dwuzeszytowym Wilkom z kosmosu).
Przy czym partie te określam mianem rozdziałów wbrew autorom, ci bowiem posługują się tym terminem w odniesieniu do ich składowych, będących głównie omówieniami poszczególnych tytułów. Nie przeszłoby mi jednak przez palce pisanie o kilkustronicowych tekstach jako rozdziałach. Większość z nich liczy od trzech do czterech stron, choć jest też kilkanaście obszerniejszych. Najdłuższe są z reguły poświęcone nie pojedynczym komiksom, lecz seriom lub całokształtowi komiksowej aktywności poszczególnych wydawców (sześć stron o piratach od GaWa Press, osiem o działalności spółki Old Baron, siedem o serii „Rekin”, dziewięć o magazynie „Kron”). Koziarski i Obremski nie są jednak w tej kwestii konsekwentni, ponieważ z osobna omawiają m.in. poszczególne komiksowe odsłony uniwersum Umpli-Tumpli czy ofertę wydawnictwa AS-Editor (z wyjątkiem pięciu komiksów o Conanie, które opisują w jednym tekście). Ponadto na końcu książki znalazł się dwunastostronicowy (a niech już będzie) rozdział „Reszta nie jest milczeniem”, poświęcony pozycjom, które – zdaniem autorów – nie zasługują na samodzielne omówienie, lecz są z jakichś względów warte wspomnienia.
Omówienia każdego komiksu opatrzone są reprodukcją jego okładki, a niemal wszystkie także przykładowej strony lub sekwencji kadrów. W niektórych przypadkach wzbogacone są także o inne, powiązane materiały ilustracyjne. Przykładowo: omówieniu Roya towarzyszy okładka Zagadki metropolii, innego komiksu Jacka Michalskiego; Rycerzy Ziem Jałowych – jeden z kadrów nigdy nieukończonej Misji króla demonów, zapowiedzianej przez wydawcę, zaś Tarzanowi wśród małp – kadr z amerykańskiego komiksu z 1965 roku, który zaadaptował na potrzeby polskiej publikacji Mirosław Malcharek.
Większość z omawianych w książce tytułów pochodzi z lat 1989–1992, przy czym najliczniej reprezentowany jest rok 1990 – przez czterdzieści pozycji, jeśli liczyć pojedyncze numery serii „Dawid i Sandy” i „Dwa miecze” oraz komiksy o Conanie oficyny AS-Editor. Ponadto znalazło się w niej kilkanaście tytułów z lat wcześniejszych (głównie z serii „Literatura na świecie dla dzieci i młodzieży”, przemianowanej na „Zabawy z Alikiem”), a także kilka późniejszych – na osobne omówienie zasłużyły pornograficzna antologia Głębokie pchnięcie z 1994 roku (błędnie przypisana do roku 1996), parodia Tyfus, Homek i Erotomek z 1995 roku oraz dwa numery magazynu „Kron” z lat 1999–2000, a w sekcji „Reszta jest milczeniem” autorzy wspominają o Marilyn w kosmosie i dwóch adaptacjach powieści Kornela Makuszyńskiego z lat 1998–1999.
Ale dość już suchego referowania zawartości książki. Przejdźmy (w końcu) do wrażeń.
Na Komiksowe dziwadła epoki przełomu czekałem od pierwszych zapowiedzi, wiążąc z nimi zarówno pewne nadzieje, jak i obawy. Czy się ziściły? Najuczciwsze będzie stwierdzenie, że już na wczesnym etapie lektury odkryłem, iż nie jestem – pisząc po polskawemu – targetem tej książki. Nie ze względu na temat, bo w tym przypadku – jak najbardziej. Chodzi o jego ujęcie. Posłużę się analogią, wykraczającą poza obszar komiksu, lecz pozostającą w epoce – książce Koziarskiego i Obremskiego bliżej do publikacji 333 popkultowe rzeczy… Lata 90. Bartka Koziczyńskiego niż do tego, jak o Polsce ostatniej dekady XX wieku oraz jej popkulturze piszą i opowiadają wspominana już Olga Drenda czy Bartek Przybyszewski i Mateusz Witkowski z Podcastexu. To pozycja wyraźnie grająca na nostalgicznych nutach, raczej wyliczankowa, choć niepozbawiona informacji kontekstowych i faktografii. Niemniej, choć wolałbym, żeby miała nieco inny charakter (bardziej analityczny, nawet z mniejszą liczbą wspominanych tytułów, lecz omawianych dogłębniej), mam świadomość, że to kwestia indywidualnych preferencji, a to, co dla mnie jest pewną wadą książki, dla sporej części osób, które po nią sięgną, będzie jej atutem.
Drugim powodem, dla którego uznałem – już po lekturze całości – że nie jestem docelowym odbiorcą książki, jest to, iż nie dowiedziałem się z niej zbyt wiele nowego. Ale to jeszcze w większym stopniu niż preferencje dotyczące ujęcia tematu jest kwestią indywidualną. Interesuję się rynkiem wydawniczym okresu transformacji, zwłaszcza jego komiksową odnogą, toteż znałem niemal wszystkie omawiane przez autorów komiksy, a także przywoływane przez nich artykuły, książki i wywiady. Zdaję sobie jednak sprawę, że to dość niszowa materia i dla osób, które interesują się komiksem jako takim, lecz nie siedzą w tym konkretnym temacie, spora część z tytułów zawartych w opracowaniu może być ziemią nieznaną. Daleko nie szukając – Patryk Karwowski z Po napisach w swej recenzji książki napisał: „Byłem tam, dla mnie to była również epoka przełomu, i zdziwiłem się bardzo, bo pośród prezentowanych »dziwadeł« miałem kontakt raptem z (tak na oko) piętnastoma procentami. Zaskakująco mało”. Sądzę, że takie osoby wyniosą z książki więcej. W najgorszym razie – listę tytułów do sprawdzenia.
Nie oznacza to jednak, że sam nie wyniosłem z książki nic. Koziarski i Obremski przypomnieli mi kilka tytułów, które zatarły się w mojej pamięci, opisali też pięć pozycji, których wcześniej nie znałem – Klątwę Atacamy, czyli bootlegowe wydanie jednej z przygód brytyjskiego Gartha, niewielkich rozmiarów składankę Fistaszków w adaptacji Mirosława Malcharka, Kleksa i złotą rybkę i Tajemnicę VII b Szaloty Pawel oraz pirackiego Diabolika, którego ostatecznie nigdy nie wprowadzono do dystrybucji i niemal cały nakład zmielono. Efektem lektury było powiększenie się mojej kolekcji – póki co o Klątwę Atacamy i Rok 1917. Jak to było? (jeden z tych komiksów, o których istnieniu zapomniałem).
Ogólnie rzecz biorąc, sądzę, że to, czy podejdzie Wam książka, zależy przede wszystkim od Waszych oczekiwań i tego, czy już w punkcie wyjścia będziecie mieć świadomość, czym jest.
A jest w pierwszym rzędzie wykazem tytułowych komiksowych dziwadeł epoki przełomu. Wykazem – jak podkreślają autorzy we wstępie – subiektywnym, aczkolwiek przypuszczam, że większość osób rozeznanych w temacie zdecydowałaby się na podobny dobór tytułów. Sam pewnie uwzględniłbym Ranxeroxa w Nowym Jorku (jako komiks, który mógł zszokować ówczesnych odbiorców połączeniem golizny i przemocy, przede wszystkim zaś naturą relacji między Ranxeroxem i Lubną), ale raczej usunąłbym niektóre z pozycji zaproponowanych przez Koziarskiego i Obremskiego niż dodawał nowe.
W drugiej kolejności jest to rzetelnie opracowana kompilacja informacji na temat omawianych przez autorów komiksów – ich treści, meandrów dystrybucji, recepcji, a także autorach i ich dalszych losach. W ramach kwerendy Koziarski i Obremski korzystali ze źródeł internetowych (głównie), publikacji książkowych i tekstów z czasopism z epoki. Na pochwałę zasługuje, że podjęli próbę dotarcia do osób zaangażowanych w powstanie części omawianych komiksów. Tym bardziej że to rzecz niełatwa, ze względu na dystans czasowy, fakt, że dla części autorów ilustracji i scenariuszy były to zlecenia o marginalnym znaczeniu dla ich działalności twórczej i nieubłagane prawa biologii – autorzy książki kilkakrotnie wspominają, że osoby, z którymi chcieli porozmawiać, w trakcie prac nad nią już nie żyły. Jeśli nikt mi nie umknął, to udało im skontaktować z Krzyszofem Kiwerskiem – rysownika dwóch komiksów z uniwersum Umpli-Tumpli, Tomaszem Bochińskim – scenarzystą Rycerzy Ziem Jałowych, Pawłem Pawlakiem – rysownikiem Dwóch podróży Guliwera i Markiem Derewieckim – redaktorem komiksowej adaptacji Pani Twardowskiej z 1991 roku.
Wreszcie jest i komponent analityczno-waloryzujący. I tu rzecz ma się – przynajmniej dla mnie – zdecydowanie gorzej niż w przypadku doboru omawianych tytułów czy researchu. Jeżeli oczekujecie pogłębionych analiz, to nie ten adres. Aparat krytyczny jest tu bowiem dość ubogi – na poziomie uśrednionej fanowskiej internetowej publicystyki i krytyki (tyle że na papierze).
Autorzy zazwyczaj ograniczają się do mniej lub bardziej rozbudowanego streszczenia fabuły oraz zdawkowej oceny rysunków i scenariusza. W przypadku warstwy graficznej ocena często nie wykracza poza różne warianty stwierdzenia, że jest brzydka. Nie mam ambicji robienia za arbitra elegancji, bo sam nierzadko nie przebieram w słowach, ale nie mogę nie zauważyć, że autorzy nieraz poczynają sobie z autorami ilustracji brutalnie, by nie powiedzieć – chamsko. Przykładowo – o komiksach z uniwersum Umpli-Tumpli, do których rysunki nie wyszły spod ręki Jerzego Wróblewskiego i Sławomira Jezierskiego, piszą: „to mieszanka kiczu, połączona z beztalenciem osób, które chyba tylko z przypadku stawały się rysownikami” (s. 19–20), zaś o postaciach z Balu maskowego, że „wyglądają niczym świeżo wykopane ziemniaki” (s. 18), a tych z Formików z kosmosu: „wyglądają oni jak zbiegli pacjenci szpitala psychiatrycznego o zaostrzonym rygorze” (s. 20). Nawiasem, ten ostatni komentarz sprawił, że pokręciłem głową z zażenowaniem z innego względu – spośród wszystkich możliwych metafor, nawet ostrych, autorzy zdecydowali się akurat na tę?
Ponadto Koziarski i Obremski najwyraźniej cenią sobie figurę krytyczną, w której przyrównują złą warstwę graficzną komiksu do twórczości dziecięcej, ponieważ zastosowali ją w książce – w różnych wariantach – przynajmniej pięć razy. W omówieniu Balu maskowego stwierdzają: „ilustracje przypominają podwórkowe bazgroły kilkulatka” (s. 18); Kosmicznego zoo: „[w]izerunki postaci są uproszczone, niedbałe, pozbawione podstawowego nawet stylu – dziecięcy bohaterowie mają nieraz aparycję, jakby uciekli z zeszytu średnio uzdolnionego ucznia, który rysuje pokątnie komiksy, zamiast uważać na lekcji” (s. 23); Wirusa: „ilustracje przypominają prace kilkuletniego dziecka, chcącego podarować matce laurkę” (s. 50); Draculi z rysunkami Waldemara Chwedczuka: „[p]ostacie niewymiarowe, z facjatami nakreślonymi niczym u przedszkolaka (to nie przesada)” (s. 158); zaś Dział Nawarony „pokraczne rysunki przypominają plastyczne popisy czterolatka” (s. 255). Abstrahując już od wartości samej tej figury (delikatnie pisząc: nie jestem jej fanem) i faktycznej wartości ilustracji w omawianych komiksach, zestawienie to zwraca uwagę na istotny problem książki, do którego jeszcze wrócę – częste powtórzenia, zarówno informacji, jak i analogicznych myśli.
Szkoda, że autorzy rzadko pochylają się bardziej nad omawianymi komiksami i analizują je w szczegółach, bo gdy to robią, czasem dochodzą do interesujących wniosków i zwracają uwagę na warte odnotowania kwestie – na przykład na to, jak szybko jak na 48-stronicowy album zostaje domknięta historia w Rycerzach Ziem Jałowych, gdzie finałowa próba, przed którą staje bohater, znajduje rozstrzygnięcie na przestrzeni czterech kadrów zajmujących dwie trzecie planszy; czy fakt, że skutkiem ubocznym ogromnej pomysłowości Mirosława Stacewicza był pewien – jak sami to określają – „nadurodzaj” wątków, które w pełni nie wybrzmiewają.
Z drugiej strony – można stwierdzić, że głód pogłębionych analiz komiksowych dziwadeł epoki transformacji ustrojowej to tylko moja fanaberia. A już oczekiwanie ich po tego typu publikacji jest czymś zupełnie nieuzasadnionym. Fakt – ja nie muszę myśleć o sprzedaży książki i mogę sobie fantazjować o tym, co chciałbym przeczytać. A Koziarski i Obremski, zakładam, po latach prowadzenia fanpejdża Kultowe komiksy z czasów PRL-u i trzech książkach o komiksach znają swoich odbiorców na tyle, że zdecydowali się zaprezentować im omówienie tematu bardziej przystępne i ogólne. No bo, realistycznie rzecz biorąc – ile jest osób, które chciałyby przeczytać dziesięć stron o Rycerzach Ziem Jałowych czy zabiegach adaptacyjnych w Dzikich polach (w tym drugim przypadku: nie licząc Wojciecha Birka, ale on już sam taką analizę napisał)?
A skoro już mowa o indywidualnych preferencjach, to dobry moment, by odnieść się do jeszcze jednej związanej z nimi kwestii. Zakładam, że dla części czytelników będzie to atut, ale mnie irytowały i męczyły próby dośmiesznienia książki przez autorów. Nie chodzi mi przy tym o ich sarkastyczne komentarze na temat warsztatu rysowników, lecz bardziej konwencjonalne żarty – głównie słowne i skojarzeniowe.
Nie przeczę – ze dwa razy się uśmiechnąłem. Na przykład przy tym fragmencie o Latających ludziach: „W ogóle cały ten dziwaczny świat przedstawiony ma jakiś mocno psychodeliczny rys – czytelnik zastanawia się raz po raz, czy jakichś halucynogenów tym dzieciom dosypano do kaszki, że mają tego rodzaju kolorowe wizje” (s. 27).
W większości przypadków miałem jednak wrażenie, że żarty są bardzo wymuszone. Choćby w omówieniu historii Pim i… puś z Psiej doli: „Konceptu zabrakło nawet na wypełnienie do końca trzeciej strony, bo na trzeciej dostajemy żarcik o paście słoniowej w butach. Nic tylko buty… eee… boki zrywać” (s. 90). Albo w partii poświęconej Rycerzom Ziem Jałowych: „bohater, który chce zwrócić ludziom »utracone ziemie « (na szczęście skarga nie pochodzi od nich samych)” (s. 47). Czy w tekście o Chrisie telepacie, w którym autorzy, wychodząc od słusznej obserwacji, że to komiks wyraźnie inspirowany Gwiezdnymi wojnami, zarzynają dowcip polegający na tym, że streszczając jego fabułę, posługują się nazwami własnymi z filmu Lucasa, po czym poprawiają się: „A kto wysadził szturmowców, przepraszamy, komandosów? Kontynuują swą ucieczkę Chris natyka się na starca o imieniu Obi-Wan-Kenobi, znów przepraszamy: Karn” (s. 39).
Najgorszy żarcioch pada jednak w streszczeniu filmu Dawid i Sandy, na bazie którego powstała seria komiksów o tym samym tytule: „Ci niestety zostali schwytani przez Łowczynię (notabene, jak twierdzi wielu, posiadaczkę najładniejszych piersi w historii polskiej animacji). I tak dalej, i tak dalej, dość, że wszystko dobrze się kończy, a zło, jak to było do przewidzenia, dostaje za swoje. Sama zaś Łowczyni przechodzi metamorfozę (gdyby ktoś pytał: staje się miłą osóbką, zaś piersi pozostają te same)” (s. 57). I w tym miejscu jedyny raz pozwolę sobie zwrócić się do autorów: Panowie. Noż, kurwa… Rozumiem, że książka jest w głównej mierze o latach 90., ale może lepiej tego typu humorek zostawić w tamtych czasach?
Na koniec przejdę do największego mankamentu książki. Czyli jej strony redakcyjnej. A to, co znajdziecie poniżej, piszę z ciężkim sercem, ponieważ darzę Bartosza Kurca sympatią i cenię jego ofertę wydawniczą (bo jak nie cenić kogoś, kto sprowadził do Polski Najemnika czy komiksy Vittoria Giardina, a kilka dni temu zapowiedział wydanie zbiorczaków Arii, czym sprawił, że mój nostalgiometr wystrzelił poza skalę?).
Nie wiem, czy Kurc jako wydawca i (przynajmniej nominalnie) redaktor książki ingerował w jej treść, czy też puścił autorów w samopas, ale zdecydowanie przydałaby się jej staranniejsza obróbka redakcyjna. Większość jej problemów natury redakcyjnej wynika z tego, że stoi ona w konceptualnym rozkroku między leksykonem a książką z tematycznymi rozdziałami. Wyraźnie widać też, że na jakimś etapie prac nad nią zmieniła się (nie wiem, czy ze względu na sugestie redaktora, czy wskutek samodzielnej decyzji autorów) jej koncepcja – z leksykonu z pozycjami ułożonymi alfabetycznie w opracowanie podzielone na rozdziały tematyczne.
W innej sytuacji nie użyłbym tak kategorycznego stwierdzenia, pisząc raczej, że książka sprawia takie wrażenie, ale w tym przypadku w jej treści zachowały się artefakty wskazujące na to, że do takiej zmiany koncepcji faktycznie doszło, i to raczej na późniejszym niż wcześniejszym etapie. W tekście o niewielkich rozmiarów wydaniu zbiorczym Fistaszków z 1989 roku autorzy piszą: „w pierwszej połowie lat 80. ukazały się trzy tomy Fistaszków (»Pierwsze«, »drugie« i »trzecie spotkanie«, o których więcej w poprzednim rozdziale” (s. 96). Sęk w tym, że pomiędzy omówieniami tego wydania i zeszytów z pierwszej połowy lat 80. znajduje się pięć innych rozdziałów, co dobitnie wskazuje na to, że pierwotnie tytuły te były wymieniane w porządku alfabetycznym. Ponadto w omówieniu komiksowej adaptacji Łowcy androidów (s. 117-119) piszą o jego wydawcy, oficynie AS-Editor, że „lubował się głównie w komiksie amerykańskim, zaś o jego dorobku przeczytacie także w innych rozdziałach książki” (s. 118). Tymczasem jest to ostatni tekst o amerykańskich tytułach tego wydawnictwa, do tego ulokowany bezpośrednio po poprzednich, poświęconych komiksom o Conanie (s. 112-116), Elektrze (s. 105-108) i Indianie Jonesie (s. 109-111), co – jako że polskie wydanie komiksu na podstawie filmu Ridleya Scotta miało dwujęzyczny tytuł Blade Runner. Łowca robotów – ponownie sugeruje pierwotny układ alfabetyczny. Co więcej, dopiero w tym tekście autorzy podają w nawiasie pełną nazwę oficyny, choć zgodnie z regułami edytorskimi powinno się to pojawić już przy jej pierwszym wystąpieniu.
Sądzę, że zmiana koncepcji książki była decyzją słuszną, w tej postaci jest ona bowiem bardziej funkcjonalna. Niemniej należało dołożyć większych starań, by zatrzeć ślady po jej pierwotnej formie. Bo tych jest sporo. Może nie tak dobitnie wskazujących na to, że do zmiany koncepcji w ogóle doszło, jak te przywołane wyżej, ale irytujących, zwłaszcza przy lekturze dłuższych partii książki w jednym podejściu.
Przede wszystkim autorzy często zapowiadają, że o jakimś innym komiksie powiązanym z aktualnie omawianym również piszą w książce. Czasami takie wtrącenia są uzasadnione, zwłaszcza gdy teksty o obu tytułach są od siebie znacznie oddalone, jednak w sporej części przypadków są one absolutnie niepotrzebne, ponieważ odnoszą się do partii znajdujących się blisko siebie, a niekiedy ze sobą sąsiadujących.
Przykłady? Omówienie Kosmicznego zoo Koziarski i Obremski wieńczą słowami: „Uwaga – spoiler! To nie jest nasza ostatnia wizyta na wyspie Umpli-Tumpli w tej książce. Stecewicz przy pomocy różnych rysowników zadbał o to, żeby nie zabrakło nam materiału” (s. 24). Istotnie, nie jest – tekst o Latających potworach rozpoczyna się na sąsiedniej stronie. Z kolei w części poświęconej adaptacji Fistaszków w wydaniu Mirosława Malcharka, publikowanej w ramach serii „Literatura na świecie dla dzieci i młodzieży” stwierdzają „w rzeczonym roku ukazały się jeszcze dwa zeszyty (w tym Mafalda, o której również piszemy w tej książce)” (s. 77), podczas gdy początek tekstu o Mafaldzie – analogicznie jak w przypadku Kosmicznego zoo i Latających ludzi – znajduje się na następnej stronie. W nim zaś odnosząc się do Malcharka, piszą: „tego samego, który przeniósł na polski grunt wcześniej wspomniane Fistaszaki (ale o tym w innym miejscu książki)” (s. 79).
Drugą stroną tego samego medalu jest dość częste powtarzanie – w nieco zmienionej formie – tych samych informacji oraz myśli, głównie dotyczących polskiego rynku wydawniczego epoki transformacji. Przykładowo – w trzech różnych miejscach, znajdujących się blisko siebie, stwierdzają, że spośród komiksów z uniwersum Umpli-Tumpli na plus pod względem warstwy wizualnej wyróżniały się tylko tytuły rysowane przez Jerzego Wróblewskiego i Sławomira Jezierskiego.
W tekście o Balu maskowym piszą: „Same historie z serii Na wyspie Umpli-Tumpli zaskakują różnorodnością tematów i estetyki, jaką prezentują poszczególne tomy. Duża w tym zasługa (w cudzysłowie lub bez) rysowników. Wśród nich bryluje jeden z mistrzów komiksu dobry PRL-u – Jerzy Wróblewski. Ale też daje się poznać wschodzący wówczas talent Sławomira Jezierskiego, który niestety później postanowił się z komiksem rozwieść. Przy różnych okazjach pojawiają się inni rysownicy, których nazwiska zostały już zapomniane, często zresztą, co tu dużo mówić, raczej zasłużenie” (s. 17).
Natomiast dwie strony później, w omówieniu „Formików z kosmosu”, piszą: „Autorem każdej z [książkowych i komiksowych odsłon serii – D.G.] był Mirosław Stecewicz, z rysunkami bywało różnie – nie wiadomo, na jakiej zasadzie pisarz dobierał sobie ilustratorów – dość, że wieli z nich nie sprawdziło się na tym polu, szczególnie jeśli chodzi o komiksową część cyklu. Za jego jedną z najlepszych odsłon uważa się wydaną w 1988 roku Nową wyspę skarbów. Prócz zgrabnego scenariusza, niewątpliwym walorem są tu rysunki Jerzego Wróblewskiego, z którym Stecewicz stworzył później jeszcze dwa albumy: Miasto z chmur i Kupcy z kosmosu oraz kolorowankę w formie komiksu. W międzyczasie ukazało się sporo komiksów z owej serii, a prawie każdy z nich był ilustrowany przez kogoś innego. Jedynym, który trzymał jako taki poziom (prócz Wróblewskiego), był Sławoimir Jezierski, który w 1990 roku zilustrował album Olbrzymy na wyspie” (s. 19)
A w części o Latających ludziach: „Wszak kolejne odsłony przynosiły nam galerię twórców, o których powiedzieć można wszystko, z wyjątkiem tego, że potrafią rysować (rzecz jasna, wyjątkami byli Jerzy Wróblewski i Sławomir Jezierski)” (s. 25).
Podobne przykłady można mnożyć. Oczywiście można argumentować, że nie są to uchybienia w redakcji, lecz celowy zabieg ze strony autorów, którzy chcieli stworzyć książkę pozwalającą na czytanie tekstów poświęconych poszczególnym komiksom w dowolnej kolejności. Taka argumentacja jednak mnie nie przekonuje, zwłaszcza w przypadku partii znajdujących się w bezpośrednim sąsiedztwie lub niewielkiej odległości od siebie. Tym bardziej że nie tłumaczy innych, pomniejszych niedociągnięć redakcyjnych.
W moim odczuciu książka byłaby lepsza – a na pewno bardziej komfortowa w lekturze – gdyby autorzy konsekwentnie odeszli od formy leksykonowej, zamiast zatrzymywać się w pół kroku i każdemu z tytułów w ramach rozdziałów tematycznych poświęcać osobny tekst. A przynajmniej gdyby poszczególne rozdziały opatrzyli osobnym, krótkim wprowadzeniem, pozwalającym na wyeliminowanie powtarzania tych samych informacji. Ewentualnie – gdyby znacząco rozszerzyli wstęp, nakreślając w nim zasadnicze kwestie dotyczące poszczególnych rozdziałów, te pozostawiając w formie quasi-leksykonowej. Alternatyw było sporo i mam wrażenie, że zdecydowano się na tę najgorszą (nie licząc formy czysto leksykonowej). Ale znów – każdemu jego porno, może większość czytelników woli taką formę.
Do książki można mieć też drobne zastrzeżenia odnośnie do struktury rozdziałów. Zasadniczo uważam ją za trafną – poza dwoma przypadkami, które, jak sądzę, również wynikają ze zmiany koncepcji publikacji. Wydaje mi się bowiem, że do jednego z nich dokooptowano dwie pozycje, które lepiej działałyby w innym miejscu, aby poszczególne rozdziały miały porównywalną objętość i liczbę omawianych tytułów, drugi zaś pełni funkcję worka, do którego wrzucono wszystko to, co nie pasowało gdzie indziej. W pierwszym przypadku mam na myśli rozdział „Klasycy wchodzą i wychodzą bokiem”, gdzie obok komiksów polskich twórców cenionych w PRL-u oraz parodii Tytusa, Romka i A’Tomka trafiły pirackie wydania Klika Manary i jednego z albumów o Druunie Serpieriego. W moim odczuciu bardziej pasują one do rozdziału „Zamiast świerszczyków”, ewentualnie „Przedruki, pulpa i piraci”. Manara i Serpieri to klasycy komiksu, wiadomo, ale w tej części książki umieściłbym ich dopiero w trzeciej kolejności. W drugim – ostatni rozdział książki, opatrzony tytułem „Pozostałości ze strychu”, zawierający tekst o komiksach z przełomu lat 70. i 80. rysowanych przez Mirosława Kurzawę, omówienie komiksu o rewolucji październikowej Rok 1917. Jak to było? i wspominany już tekst „Reszta nie jest milczeniem”. To istny misz-masz, który – w moim odczuciu – nie ma racji bytu. „Reszta nie jest milczeniem” powinna stanowić rozdział, czy raczej – swoiste posłowie. Obecność komiksów rysowanych przez Kurzawę – O Mieszku i jego synu Bolesławie Chrobrym z 1981 roku i trzech zeszytów z serii Pilot śmigłowca z 1978, 1980 i 1981 roku – jest bezzasadna w książce o takiej tematyce i mogę ją sobie tłumaczyć tylko zainteresowaniem autorów komiksem PRL-u (i tym, że został im w szafie tekst na ich temat). Rok 1917 na uwzględnienie w książce o kuriozach wydawniczych jak najbardziej zasługuje, choć, istotnie, trudno byłoby znaleźć dla niego odpowiedni rozdział.
Czas na podsumowanie. Jak już pisałem, okazało się, że nie jestem targetem książki, nie wątpię jednak, że ta znajdzie odbiorców. Jeśli oczekujecie po niej wykazu kuriozalnych pozycji z epoki transformacji ustrojowej oraz rzetelnie opracowanej kompilacji informacji o nich, to sądzę, że się nie zawiedziecie. Zwłaszcza jeśli nie siedzicie mocno w temacie, ale pamiętacie niektóre z komiksów omawianych przez autorów i coraz mocniej wbija się w Was żądło nostalgii. Albo – z drugiej strony – nie pamiętacie tych czasów i chcecie przekonać się, jakie dziwadła wówczas wychodziły na polskim rynku. Co prawda książce przydałaby się większa uwaga redakcyjna – zwłaszcza w zakresie powtórzeń, niepotrzebnych komentarzy odsyłających do innych jej partii i artefaktów wskazujących na zmianę jej pierwotnej koncepcji – ale da się to znieść. Humor – rzecz gustu. Do mnie nie trafił, ale może dla kogoś będzie jednym z atutów publikacji. Na koniec pozostaje pytanie, które zawsze warto zadać sobie po lekturze – czy sądzę, że do książki kiedyś wrócę? Do całości – wątpię. Ale jeśli w przyszłości będę chciał przypomnieć sobie podstawowe informacje o którymś z omawianych w niej komiksów, pewnie po nią sięgnę. To wygodniejsze od sprawdzania w kilku źródłach. I to właśnie główny walor Komiksowych dziwadeł epoki przełomu.
Dla porządku: Tekst powstał na podstawie egzemplarza recenzyjnego przekazanego mi przez wydawcę.